Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kluki lub Klücken czyli smutne losy pięknej wsi (cz. 2)

Profesor Szultka główną winę obciąża pastorów, ale prawda jest nieco bardziej skomplikowana. W 1807 roku zniesiono poddaństwo w Prusach co oznaczało, że Kaszubi mogli i zaczęli emigrować za pracą – Pomorze Słupskie dalej bowiem pozostało biedną dziurą. Po drugie na terytorium rejencji słupskiej zakazano w 1811 jakiejkolwiek nauki po polsku (kaszubsku), co siłą rzeczy podkopywało żywotność Kaszubszczyzny na tych terytoriach. W ślad za tym skasowano konfirmacje po kaszubsku i wreszcie do połowy XIX wieku różnymi metodami likwidowano miejsca, gdzie nabożeństwa odbywały się po kaszubsku. I tak w połowie XVII wieku odbywały się one w ok. 50 parafii na Pomorzu Słupskim  - w 1811 liczba ta spadła już do zaledwie 20, wszystkie na wschód od Słupska. Uczona w niemieckiej szkole młodzież, zaczęła się wstydzić kaszubskiego i unikać jego stosowania. O zamieraniu kaszubskiego świadczy nowy zwyczaj – od lat 20 i 30 XIX wieku datuje się zwyczaj wkładania kancjonałów i katchizmum po polsku do trumien – zwyczajnie nie były już nikomu potrzebne. Są one obecnie prawdziwymi białymi krukami – NIGDZIE w żadnym muzeum nie widziałem nawet jednego egzemplarza owego katechizmu z 1642 roku!

Rola pastorów nie jest wcale jednoznaczna. Oto pastor Gottlieb Lebrecht Lorek (1760-1845), urodzony na Mazurach i mówiący świetnie po polsku, sam bardzo gorliwie usuwał kaszubski ze szkoły i z kazań kościelnych w swojej parafii w Cecenowie. Naciskał też by kobiety przestały ubierać się jak Kaszubki. Dbał tylko o to, by osoby zupełnie nie rozumiejące po niemiecku w swojej parafii, miały dostęp do kaszubskich czynności kościelnych w języku dla siebie zrozumiałym. Gdy odchodził na emeryturę w 1837 roku przyznał się, że to właśnie dzięki jego staraniom „zgromadzenie kaszubskie” zmalało i było „niczym” w porównaniu do tego, czym było gdy objął parafię w 1807 roku. Już na emeryturze zainteresował się Kaszubami, ich zwyczajami i językiem, i o nich pisał, chyba żałując swojej polityki rugowania ich języka. Ewangelickie nabożeństwa kaszubskie w Cecenowie zlikwidowano w 1876 roku. Z jego postawą kontrastuje postawa pastora Ernesta Lohmanna, pastora w Główczycach, gdzie uczęszczali mieszkańcy Kluk. Ten urodzony w Nadrenii Niemiec, trafił jakoś do Główczyc. Ponieważ w parafii liczba osób nie znających niemieckiego sięgała tysięcy, postanowił się go nauczyć. Korzystał z pomocy innych duchownych, sprowadzał księgi liturgiczne i modlitewniki ze Śląska. Na dzielność szkoły nic nie mógł poradzić, ale przynajmniej nie wymuszał na dzieciach i ludziach modlitw w języku im obcym. Gdy zmarł w 1886 roku Główczyce były ostatnim miejscem na Pomorzu Słupskim gdzie odprawiano nabożeństwa po polsku (kaszubsku) – jego następca ich już nie prowadził. Nie było dla kogo. Podobno gdy nowy pastor ogłosił, że nabożeństw kaszubskich już więcej nie będzie, jeszcze tej samej nowy w kościół uderzył piorun i kościół spłonął.

Na początku XX wieku odwiedzający te okolice doliczyli się kilkuset osób, które w młodości mówiły po kaszubsku, ale już go nie pamiętały. Tylko kilka starych osób posługiwało się gwarą zwaną „słowieńską” w Klukach. Ale nawet tu nie mówił nią nikt z młodzieży – to zasługa nie tyle pastorów w Główczycach i Smołdzinie, co nauczyciela wiejskiego, którzy przez 20 lat pracy wyrugowali nie tylko język kaszubski ale i stroje. Było jednak kwestią czasu, kiedy i tu wymrze. Przetrwała jednak pamięć o kaszubskich korzeniach wsi i okolicy.

Nadszedł rok 1945. Przed Armią Czerwoną uciekło 2/3 mieszkańców Kluk. Podobno stary Otto Czirk, który pamiętał gwarę, próbował się nią dogadać z krasnoarmiejcami. Do wsi w 1946 roku zaczęli przybywać przesiedleńcy ze wschodu, którzy w mieszkańcach Kluk widzieli tylko Niemców i w ramach „reparacji” wyrzucać ich z domów i zagród. Gdy jednak ci mieli się zdeklarować, ku zdumieniu polskich władz okazało się, że kilkaset osób (głównie w Klukach ale i Główczycach i Gardnie) deklaruje się jako „Słowińcy.” Wywołało to furorę, gdyż w ten oto sposób ta mała wioseczka na bagnach i piaskach okazywała się być dowodem na „prastarą słowiańskość” tych ziem. Do Kluk zjechali językoznawcy i etnografowie w poszukiwaniu Słowińców. Jednak stwierdzono jednoznacznie, że NIKT już nie mówi gwarą (Otto Czirk albo zmarł albo wyjechał) i wszyscy mieszkańcy mówią plattdeucthem. Kaszubskie słowa zachowały się tylko w terminologii rybackiej, i oczywiście w pamięci mieszkańców wsi.



I teraz się zaczęło ich drugie piekło. Władza Ludowa doszła do wniosku, że ich nigdzie nie wypuści, choć większość marzyła o wyjeździe do RFN. Należało ich poddać „polonizacji” tak jak wcześniej poddano ich „germanizacji.” Byli żywym dowodem na to jakąś bzdurna tezę i tak jak wcześniej za nich odgórnie wybrano przynależność etniczną, tak samo zrobiono i teraz – tylko że w drugą stronę. Ich samych nikt o zdanie nie pytał. Po stronie polskiej stanęła jedna jedyna Słowinka – Ruth Kösch. Niewiele o niej wiem – co nią kierowało: świadomość pochodzenia, oportunizm, czy może miłość do swojej własnej ojczyzny. Współpracowała w tworzeniu muzeum regionalnego i nawet była krótko sołtysem wsi – zapłaciła za to nienawiścią mieszkańców wsi, którzy zarzucali jej „zdradę” i wyładowywali na niej złość i nienawiść do PRL. Pastorom ewangelickim pozwolono dojeżdżać do Kluk, ale pod warunkiem, że nabożeństwa będą prowadzone … po polsku. Tak jak w XIX wieku, tak teraz znów budzili niechęć i zarzucano im polonizowanie. Życie codzienne niewiele się zmieniło – Kluki pozostały biedną, opuszczoną wsią na krańcu głuszy. Wsią na której zemstę brała historia.

Kres tej gehenny nadszedł w 1971 roku. Nieoczekiwanie władze PRL pozwoliły większości mieszkańców Kluk na wyjazd do RFN. Wyjechał nawet brat Ruth, Willy. Załamana Ruth zmarła zanim zobaczyła, jak wszystko nad czym pracowała przez 30 lat obraca się w proch. Do końca lat 70tych XX wieku wyjechali prawie wszyscy autochtoni, także wszystkie osoby z mieszanych rodzin. Paradoksalnie w „prasłowiańskiej” wsi pozostała tylko przedstawicielka rodziny Reimanów – jedynej niemieckiej rodziny która osiedliła się tutaj w połowie XIX wieku. W Główczycach i Gardnie odprawiane są do dziś nabożeństwa ewangelickie. Po niemiecku.

Opuszczone gospodarstwa Kluk zamieniono powoli na skansen. Domki ładnie odnowiono i zadbano o nie, i tak Kluki stały się uroczym skansenem. I spacerując pomiędzy jedną a druga uroczą chatką albo chatynka, nie pamięta się o tragicznych losach tej miejscowości. Bo gdzieś pomiędzy XVIII wieczną chatką Charlotty Klück (która mówiła tylko po kaszubsku) a domkiem jej krewniaka Albrechta Klück z lat 30. XX wieku (który mówił tylko w plattdeutch) kryje się lekcja tego, jak wielką cenę możemy zapłacić gdy szał nacjonalizmów zawładnie władzami świeckimi i religijnymi. I gdy słońce zachodzi nad pustymi domami i zagrodami skansenu Kluk, być może w ciszy dociera do nas, jak wiele wszyscy utraciliśmy. Kaszubi, Niemcy, Polacy, Słowińcy.

A torf w ramach zabawy kopią już tylko turyści.

niedziela, 15 sierpnia 2010
Kluki lub Klücken czyli smutne losy pięknej wsi (cz. 1)

Pojechałem z przyjaciółmi do miejscowości Klucki nad jeziorem Łebsko, uroczej miejscowości, którą większość Polaków zna ze słyszenia jako fajny skansen oraz miejsca gdzie się kopie torf i przy okazji imprezuje. Jednak ta schludna i urokliwa miejscowość położona na uboczu Pomorza Słupskiego kryje dość dramatyczną i ponurą historię, którą większość ludzi ignoruje, albo jej nie zauważa.

Jak zawsze clue tkwi w historii. Pomorze Zachodnie było księstwem rządzonym przez dynastię Gryfitów. Gryfici byli lennikami cesarza niemieckiego, a ich państwo rozciągało się jak kiszka od dzisiejszej Lubeki po Łębę. Choć kiedyś cały ten obszar zamieszkiwali Słowianie, na skutek imigracji, osadnictwa i mieszanych małżeństw, około XVI wieku sytuacja przedstawiała się tak, że na Zachód od Koszalina mówinio już wyłącznie po niemiecku (choć co ciekawe w Plattdeutch), zaś na wschód od Koszalnia przeważał kaszubski zwany tu „Wendyjskim”, ale który był stopniowo wypierany przez niemiecki. Ostatnim przedstawicielem rodu Gryfitów, który władał polskim był Bogusław X (zm. 1523) ożeniony z Anną Jagiellonką. Choć utrzymywano kontakty z Krakowem, Księstwo Zachodniopomorskie było księstwem niemieckim, gdzie część mieszkańców mówiła po słowiańsku (tak samo było w Meklemburgii). Nie ma co dorabiać tu mitu o „Ziemiach Odzyskanych”

W 1535 r. Pomorze Zachodnie przyjęło luteranizm. Protestantyzm miał to do siebie, że naciskał by ludność mogła czytać Pismo Święte w swoim języku. Ze względu na skomplikowane sytuacje spadkowe, choć luterański porządek kościelny uchwalono w 1535 roku na sejmie w Trzebiatowie, to jakoś nie wspomniano o języku kaszubskim i o potrzebie przełożenia pisma i śpiewników na ten język. Profesor Szultka uważa to za typowy nacjonalizm niemiecki, ale ja jestem skłonny przypisać to prostemu czynnikowi: księstwo słupskie, gdzie Kaszubi przeważali to była dziura zabita dechami. Małe, biedne i na uboczu księstewko było tak mało znaczące, że nie mieszkał tu nikt z rodu Gryfitów – tylko wdowa po księciu Janie Fryderyku, Erdmunta z Hohenzollernów została tu zesłana na oprawę wdowią razem z kuzynka, której „przydażyło się” dziecko nieślubne. Wprowadzenie luterańskich porządków zajęło blisko 60 lat. Wtedy tez po raz pierwszy (1595) wspomniano o „słowiańskich kaznodziejach”. O tym, że luteranizm nie musiał oznaczać wrogości z polskością, stanowi przykład Albrechta Hohenzollerna księcia Prus, który uczynił Królewiec wielkim centrum drukowania polskich książek i kancjonałów.

Fast forward do 1622 roku. Wtedy to schorowany i załamany wygasaniem swojej dynastii Bogusław XIV nadał swojej siostrze Annie księżnej Croy (zm.1660) ziemię Smołdzina i Słupska w dożywotnie władnie. Pomorze Zachodnie było zrujnowane Wojną Trzydzistoletnią i księżna Anna starała się w miarę możliwości dbać o tę część ludności, która nie wyginęła na skutek głodu, chorób, czy wojny. Lasy, bagna i puszcze księstwa słupskiego temu sprzyjały i księżna w Smołdzinie ufundowała kościół oraz wyposażyła go w ołtarz, kazalnice i księgi liturgiczne po polsku i niemiecku. Zastrzegła jednocześnie, że każdorazowy kaznodzieja w Smołdzinie musiał znać język polski. Staraniem jej osobistego kapelana Michała Mostnika vel Pontanusa (1583-1654) w 1642 roku ukazał się: „"Mały Catechism D. Marcina Luthera, niemiecko-wandalski abo słowięski...” zdaniem badaczy upstrzony kaszubszczyznami. Wydrukowano również potrzebne kancjonały, głownie na bazie kancjonałów z Mazur. W ten oto sposób do połowy XVII wieku Kaszubi między Koszalinem a Słupskiem stali się już porządnymi luteranami, z własnymi śpiewnikami i Biblią.


Fast forward do XVIII wieku. Księstwo pomorskie przejmują Hohenzollernowie. Gorliwi kalwiniści, zapatrzenie w Holandię, chcą ze swojego biednego, peryferyjnego i zacofanego państwa uczynić potęgę w cesarstwie. Wymaga to jednak unifikacji prawnej i językowej – oprócz niemieckiego w ich państwach mówi się po łużycku, polsku, kaszubsku, frzyzyjsku, francusku. Hohenzollernowie przystępują więc do unifikacji państwa. Wprowadzają powszechny obowiązek szkolny w 1735 roku – początkowo nawet nauczano w lokalnych językach. Ale jakby tego było mało, kalwińscy pastorzy zaczynają gustować w luterańskich pietystach. Tych zaś nie interesują niuanse teologiczne, ale wychowanie do życia skromnego, pobożnego i posłusznego. Władcy, a potem władze kościelne zaczynają więc faworyzować absolwentów teologii z Halle. Z dość niejasnych przyczyn, ci ostatni w Słupskiem dochodzą do wniosku, że język kaszubski jest problemem w „zpietyzowaniu” księstwa słupskiego. Zaczynają więc naciskać by duchowni używali go coraz mniej. Sprzymierzeńca znajdują znów wśród Hohenzollernów, szczególnie w deiście Fryderyku II Wielkim. Tego ostatniego nie interesowały niuanse teologiczne, ale chciał by kościół i szkoła wychowywały mu karnych i posłusznych rekrutów. I choć z językiem polskim czy łużyckim nie walczono, to w księstwie słupskim państwo podało rękę kościołowi, i oba zaczęły wychowywać… karnych rekrutów. Świadczy o tym dość szokujący list luterańskiego superintendenta słupskiego Krystiana W. Hakena, który w 1780 roku pisał:

Istnieje reskrypt polecający, aby kaznodzieje, w miarę możliwości, starali się usunąć język kaszubski i narzucali tylko niemieckich nauczycieli, a dzieciom nie umiejącym czytać po niemiecku nie udzielali konfirmacji. To jednak wymaga mądrości i przezorności, trzymania się na baczności, aby mieszkańcy nie spostrzegli, że ma się zamiar wyrugować ich język, gdyż Kaszubi zbuntowaliby się przeciw temu i jak najskuteczniej oparliby się takiemu planowi. Należy także myśleć, żeby Kaszuba, który w życiu powszednim od biedy za pomocą niemieckiego może się porozumiewać, był zdolny zrozumieć naukę religii w języku niemieckim (...). Obie przyczyny razem były przeszkodą i powodowały, że mowa kaszubska w moim synodzie całkiem jeszcze nie ustała. Przez 10 lat mego tutaj pobytu doprowadziłem przy pomocy pastorów do tego, że w kilku miejscowościach w razie wakansu, jeśli tylko patroni nie są uparci, kaznodzieja mający być powołanym będzie mógł obyć się bez znajomości tego języka, gdyż w przeciągu 5-6 lat wymrą starsi ludzie, którzy jeszcze żyją, a po niemiecku nic nie umieją. W niektórych parafiach potrzeba na to około 50 lat.”

CDN.

niedziela, 26 sierpnia 2007
Zamek w Gołuchowie, czyli pomnik Izabeli Czartoryskiej (cz. II)

Jak należało się spodziewać, za nową Ojczyzną nie przepadała. Dokuczała przede wszystkim dość dyskfuncyjna rodzina Działyńskich, gdzie teść i teściowa oraz liczne szwagierki nie cierpieli swojej nowej bratowej i synowej. Guwerner w domu jednej z nich pisał „Wysokie towarzystwo poznańskie zaczyna się czuć bardzo obrażone braniem się młodej hrabiny (...) Szczególnie za ów wieczór, na który sproszono wszystkie polskie znakomitości (...) Damy nie mogą darować pani Janowej, że zaraz po kolacji, nie pożegnawszy się z nimi, wyszła i nie wróciła więcej.” O niechęci klanu Działyńskich świadczy wymownie fakt, że w swoich pamiętnikach panie z Kórnika (rezydencja Działyńskich) o swojej bratowej albo nie wspominają w ogóle, albo jednym (dosłownie!) zdaniem. Możemy tylko się domyślać, co czuła młoda i piękna kobieta, zamężna z mężczyzną, który budził jej awersję, wygnana na sam kraniec Wielkopolski, z daleka od Paryża, zostawiona na pastwę rodziny, która ją nienawidziła.

Musimy tutaj dotknąć sprawy bolesnej i intymnej, ale bez której nie zrozumiemy istoty tragedii Izabeli. Otóż jej małżeństwo z Janem pozostało małżeństwem „białym”, czyli nieskonsumowanym. Fakt, ten bulwersował zarówno współczesnych jak i potomnych. Wynajdowano na usprawiedliwienie zupełnie idiotyczne, ale w bardzo polskim stylu, wytłumaczenia graniczące z głupotą: „poróżniła ich wizja sposobu odzyskania niepodległości przez Polskę” – to moje ulubione; „Jan ślubował czystość po tym, jak go rzuciła Maria z Kwileckich Mańkowska, a Izabela była zakochana w księciu Plon-Plon”. Doprawdy, trudno uwierzyć w te nonsensy. Wszystko wskazuje, że małżeństwo pozostało nieskonsumowane na skutek cichej umowy obu stron. Dlaczego? Na 100% nie wiadomo, ale znamienne są dwa fakty: Janowi Działyńskiemu nigdy nie przypisywano większego zainteresowania kobietami. Pani Mańkowska pojawia się dopiero po wielu latach, by usprawiedliwić fakt, że ostatni dziedzic rodu Działyńskich dobrowolnie zgodził się na jego wygaśnięcie. Nie chcę sugerować homoseksualizmu Jana (choć nie uważam tego za nic złego), ale być może niezwykle władcza i dominująca matka oraz apodyktyczny ojciec sprawiły, że Jan pędu do założenia „podstawowej komórki społecznej” nie miał. Jeszcze ciekawiej przedstawia się sprawa Izabeli, która nigdy nie wspomina w żadnym liście o fascynacji mężczyzną – ani Janem, ani tym bardziej otyłym i głupim księciem Plon-Plon. Natomiast przez wiele lat prowadziła bardzo osobistą i intensywną uczuciowo korespondencję z przyjaciółką z Paryża, Josephine Rousset. Choć bez wątpienia konwenanse epoki, surowość przykazań katolicyzmu nie pozwalały na nic więcej niż przyjaźń, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że księżniczkę Izabelę mężczyźni nie interesowali. Być może w innych czasach i okolicznościach, mogli by się związać z kimś, kogo kochali. I tyle.

Wracajmy do Izabeli w 1857 roku. Skazana na białe małżeństwo do końca życia, z mężczyzną, który budził w niej wstręt, przybywa do Gołuchowa. W liście do ojca tak opisuje ten zamek: „Gołuchów wygląda jak siedziba niedużej kasztelanii w Średniowieczu po ataku i złupieniu. Schody nie istnieją, wieże nie posiadają dachów, mury obronne leżą na ziemi, aż trudno uwierzyć, że w takich ruinach można zamieszkać.” Warto dodać, że pieniędzy na remont Gołuchowa nie pożyczył synowi Tytus hr. Działyński (teść), by syn „nie zhardział zanadto”. Ta beznadziejna rezygnacja Jana wobec tyranii ojca budzić mogła w Izabeli tylko politowanie i irytację. Pomimo fatalnego stanu zamku, jednocześnie rodzi się zainteresowanie Izabeli tym majątkiem. Chce go odnowić i zaczyna sprowadzać tutaj niektóre meble z majątków Czartoryskich w Rosji (znowu te stosunki babki!). W 1858 roku książę Adam Czartoryski przybywa do Gołuchowa i spotyka się z wielkopolskim ziemiaństwem. Podczas spotkania okazuje się jasne, że idolem Wielkopolan nie będzie. Może też z bliska obserwować katastrofę małżeństwa córki. Notuje to ze smutkiem, ale siebie za nic nie wini. Błogosławiona ta niewinność mężczyzn w XIX wieku!

Pobyt Izabeli i Jana w Gołuchowie nie trwał jednak długo, bo w 1860 roku Jan musiał oddać majątek w dzierżawę, a Izabela wyrwała się do rodziny do Paryża. Gdy wybuchło powstanie styczniowe, Jan Działyński pożyczył od żony niebagatelną kwotę 100 000 franków na potrzeby Powstania Styczniowego. Gdy i ono upadło, Jana zaocznie skazano na śmierć w Prusach i na konfiskatę majątków (około 10 000 ha). Przez kolejnych kilka lat małżonkowie żyli razem w Paryżu, aż wyroku nie anulowano dzięki koneksjom rodzinnym Czartoryskich. W 1861 roku umiera ojciec Izabeli, którego uwielbiała do końca życia, a w 1863 roku jej matka. Choć głową rodu jest teoretycznie jej brat Władysław ożeniony z Burbonówną, to jednak sama Izabela prowadzi Hotel Lambert, gdzie przyjmuje gości w poniedziałek wieczorem i gdzie ci tytułują ją „księżną” nie hrabiną.

Izabela dalej nie cierpiała męża i krytykowała go na każdym kroku i za wszystko. Jan popadał w coraz większe kompleksy, i nie ułatwiała mu życia ciągle piękna, ale gorzkniejąca żona. Ostatecznie w 1870 roku wymusiła na nim zapis majętności Gołuchowa – około 900 ha, w zamian za anulowanie długu. Majątek stał się jej wyłączną własnością, mogła nim dysponować do woli. To dość upokarzające rozwiązanie paradoksalnie chyba polepszyło stosunki małżonków i w tych latach doszło między nimi do pewnego zbliżenia. Połączyła ich pasja zbieraczy antyków i dzieł sztuki: on do swojego pałacu w Kórniku, ona do Gołuchowa. Zwykle krytyczna wobec męża Izabela, dawała mu wolną rękę w zakupach dzieł sztuki zdając się na jego dobry gust.

W 1875 roku rusza odbudowa i przebudowa Gołuchowa. Izabela wynajmuje francuskiego architekta, który ma zamek odnowić w stylu renesansu znanego z zamków nad Loarą. W samym zamku ma być prezentowana zebrana przez Izabelę kolekcja dzieł sztuki, w szczególności antycznych waz greckich. Wokół zamku powstaje park angielski, zaprojektowany przy udziale samego hrabiego Jana, który razem z dość rozbawioną żoną sadzi kilka drzew osobiście. Prace w zamku trwają do 1890 roku i pochłaniają ogromne kwoty pieniędzy.

W 1880 roku umiera nagle hrabia Jan Działyński. Zgodnie z testamentem, jego dobra w całości, z wyłączeniem żony i innych spadkobierców, przechodzą na jednego siostrzeńca Władysława Zamoyskiego. Co znamienne, w zamku kórnickim nie ma nawet jednego portretu księżnej Izabeli, w końcu ostatniej hrabiny Działyńskiej. Co czuła ona sama? Podobno rozpaczała przy trumnie męża. Jest to bardzo prawdopodobne. Zygmunt II August też płakał na wieść o śmierci trzeciej żony, od której przez 20 lat starał się uwolnić. Być może Izabela miała podobne uczucia – żal straconych lat, żal próżnych uczuć, żal niespełnionych marzeń i żal po stracie osoby, do której się przywiązała wbrew swej woli... Miała wtedy 50 lat.

Ostatnie lata swojego życia spędziła na dalszym gromadzeniu dzieł sztuki dla zamku w Gołuchowie, gdzie mieszkała tylko czasami. Przy całej swojej pasji do tego miejsca, uciekała z niego do Paryża i Włoch, gdzie się wychowała i skąd miała najlepsze wspomnienia. A w końcu Gołuchów zobaczyła po raz pierwszy w podróży poślubnej... Swoje zbiory kataloguje z pomocą profesjonalnych historyków sztuki i katalogi wydaje we Francji by te zbiory popularyzować. Chce je udostępnić szerszej publiczności. Dlatego w 1883 roku powołuje do istnienia Ordynację Gołuchowską. Było to nie lada osiągnięcie, gdyż władze pruskie niechętnie patrzyły na tworzenie ordynacji przez Polaków – była to ostatnia ordynacja przez nich zatwierdzona. W jej statucie, władczym tonem typowym i absolutnie stosownym dla jej rodu Izabela pisze:

Na zamku w Gołuchowie (...) umieściłam zbiór dzieł sztuki różnego rodzaju, który zbierałam w długim lat szeregu. Życzeniem jest moim, aby te dzieła sztuki się nie rozproszyły i aby zbiór ten zachował się pełny i cały po wieczne czasy. Spodziewam się, że zbiór ten powyższy ogółowi pożytek przyniesie wywołując i podnosząc upodobanie do sztuki i zmysł piękna.” Ordynację mieli dziedziczyć członkowie rodziny Czartoryskich, z absolutnym wyłączeniem kobiet.

Piękna Izabela zmarła w 1899 roku w Mentonie. Stamtąd ciało jej sprowadzono do Gołuchowa, gdzie po wystawieniu ich na widok publiczny przez kilka miesięcy, została pochowana w wybudowanej przez siebie kaplicy przyzamkowej. Tak odeszła jedna z Polek najwybitniejszych w XIX wieku, która pomimo osobistych tragedii i przeciwności, stworzyła jedną z najważniejszych i najlepszych prywatnych kolekcji dzieł sztuki w kraju. Niestety, brak „oddania” mężowi uchodzącemu za bohatera narodowego, pewien kosmopolityzm, oraz dość nieprawomyślne jak na kobietę życie osobiste (mężczyznom wybaczamy tego typu słabości) sprawiły, że zapomniano o niej do tego stopnia, że nawet nie ma własnego biogramu w Polskim Słowniku Biograficznym. Jak pisze autorka jednego ze szkiców o Izabeli: „widać większą zasługą i tytułem do chwały jest dla kobiety przykucie do siebie – choćby przelotnie – wybitnego mężczyzny, niż stworzenie wybitnego muzeum (potwierdza tę prawidłowość zamieszczanie w encyklopediach biogramu Marii Walewskiej.)”

Ordynacja Gołuchowska istniała do 1945 roku. Wybrany przez Izabelę na I ordynata książę Witold Czartoryski (1876-1911) był tak jak ona wybitnym kolekcjonerem dzieł sztuki i dalej pomnażał zbiory gołuchowskie. Zmarł młodo w stanie kawalerskim i ordynacja przeszła na jego brata księcia Adama Ludwika Czartoryskiego (1872-1937) I ordynata na Sieniawie. Jego żoną była słynna z piękności i doskonałych manier księżna Maria z hr. Krasińskich (1883-1958). Trzecim i ostatnim ordynatem na Gołuchowie był ich syn książę Władysław Czartoryski (1918-1978), zmarły na emigracji w Hiszpanii. Podobnie jak stryj i stryjeczna babcia, nie miał potomstwa. Zrabowana podczas II Wojny Światowej kolekcja gołuchowska uległa w znacznej mierze rozproszeniu. Dziś można podziwiać jej część na zamku, który jednak jest wart  odwiedzenia chociażby przez samą swoją urodę i położenie. Niestety, nie ma swojej strony internetowej.

Ostatnia rzecz godna uwagi: życzeniem Izabeli było, by ordynaci gołuchowscy byli chowani koło niej w kaplicy przy zamku. Jak gdyby chciała być blisko tej jedynej rodziny, jaką miała i kochała. Tak się jednak złożyło, że w kaplicy leży tylko ona sama. Wyjątkowa piękność, inteligentna, wrażliwa, ambitna, twórczyni muzeum i odnowicielka Gołuchowa, jedna z najwybitniejszych osób w rodzie Czartoryskich, równie samotna po śmierci, co za życia.

Jeśli zdarzy wam się odwiedzić Gołuchów i park, podziwiając piękno i smak jej dzieła, wspomnijcie i ją samą i „westchnijcie za nią do Boga.”

http://www.mnp.art.pl/oddzialy/goluchow/index.php

 

 

 

Zamek w Gołuchowie, czyli pomnik Izabeli Czartoryskiej (cz.I)

W młodości nazywano ją „księżniczką rewolucji”, gdyż urodziła się zaraz po wybuchu Powstania Listopadowego, którym kierował wbrew własnym chęciom jej ojciec, książę Adam Jerzy Czartoryski. Z czasem zamieniono to na mniej pochlebne określenia, jak „Panna Lodowata”, gdyż nasza bohaterka odmówiła podporządkowania się schematom epoki. Umarła samotna i samotnie spoczęła w kaplicy przy zamku w Gołuchowie, swoim „paradis terrestre”, który z taką pieczołowitością budowała. Mowa o Izabeli z książąt Czartoryskich Działyńskiej (1830-1899), jednej z największych i najbardziej zapomnianych Polek XIX wieku.

Rodzina Czartoryskich słynęła z energicznych kobiet: Konstancję z Czartoryskich Poniatowską uważano za głowę Familii; w kolejnym pokoleniu zasłynęły serdecznie się nienawidzące szwagierki Elżbieta z Czartoryskich Lubomirska (twórczyni Ordynacji Łańcuckiej) oraz Izabela z Flemingów Czartoryska (twórczyni Puław), znana z niesłychanej inteligencji i XVIII- wiecznej swobody obyczajów – jej to wnuczką była nasza Izabela. Ale również ze strony matki Izabela miała co najmniej jedną wybitną kobietę: jej babka Anna z Zamoyskich Sapieżyna (1794-1859) była wielką przyjaciółką cesarzowej rosyjskiej Charlotty, żony cara Mikołaja I. Gdy zarówno jej syn Leon Sapieha (1802-1878), jak i zięć Adam Czartoryski wzięli udział w bezsensownym Powstaniu Listopadowym, Anna pozostała w Petersburgu, by tam osłabiać gniew imperatora. Dzięki jej koneksjom konfiskata ogromnych majątków sapieżyńskich i czartoryskich nastąpiła dopiero oficjalnie kilka lat po upadku powstania. Dzięki temu uratowano przynajmniej cześć kolekcji rodzinnych. Jej samej car Mikołaj I na skutek próśb żony pozwolił zarządzać dożywotnio tymi latyfundiami, dzięki czemu Anna mogła kolosalne sumy przekazywać swoim dzieciom na wygnaniu. Mikołaj o tym wiedział doskonale i nie robił nic, by temu procederowi położyć kres. Księżna Anna Sapieżyna okazała się zresztą fenomenalnym inwestorem giełdowym. Wywiezione pieniądze tak sprytnie inwestowała w akcje, papiery wartościowe i nieruchomości, że zrujnowanemu synowi kupiła ogromne dobra Krasiczyn w Galicji, a zięciowi nabyła Hotel Lambert w Paryżu. Jednego tylko odmawiała: finansowania jego politycznych działań na emigracji – wystarczy, że na polskie mrzonki o powstaniu przepadły ogromne dobra Sapiehów i Czartoryskich w Rosji – ile można?

To właśnie pod czujnym okiem Adama Jerzego, matki i babki wyrastała księżniczka Izabela. Podkreślano jej inteligencję, smak i obycie towarzyskie – w XIX wieku nie wypadało tego powiedzieć wprost, ale była bez wątpienia najzdolniejszym dzieckiem księcia Adama, deklasując swojego leniwego brata Witolda i poczciwego Władysława. Była piękna, inteligentna i ambitna, ale miała jedną wadę nie do przeskoczenia – była tylko kobietą. Była, jak mówiono wtedy i niektórzy dzisiaj u progu XXI wieku, „powołana do małżeństwa.” I tutaj przejawiała się jej największa tragedia: kandydaci. Podobno książę Adam chciał ją wydać za księcia Napoleona „Plon-Plon”, którego przydomek chyba najdobitniej określa walory jego charakteru. Cesarz Napoleon III nie wyraził na to małżeństwo zgody z powodów politycznych. Potem o jej rękę starał się książę Jerzy Lubomirski, który choć był inteligentny i wykształcony, to miał jednak tę wadę, że był biseksualny i próżny. Kolejnym kandydatem do jej ręki był generał Władysław Zamoyski, jej kuzyn, któremu jednak kazano się pożegnać z tymi marzeniami – poślubił z czasem swoją siostrzenicę Jadwigę z Działyńskich. Ostatecznie około 1850 roku wysunięto projekt wydania Izabeli za hrabiego Jana Działyńskiego (1829-1880) z Wielkopolski. Początkowo nie był on traktowany poważnie, ale około 1854 roku książę Adam ubzdurał sobie, że przez ślub Izabeli z Janem zdoła rozszerzyć swoje wpływy także i na Wielkopolskę. To przypieczętowało los młodej księżniczki.

Rozpoczęły się naciski na Izabelę. Na próżno wymawiała się od małżeństwa, twierdząc, że ma większe powołanie do zakonu, niż małżeństwa. Na próżno wskazywała, że do Jana Działyńskiego nie czuje niczego innego niż niechęć. Na próżno zwracała uwagę, że i Jan oświadczył się jej tylko na skutek wyraźnego polecenia swojego ojca, który go tyranizował przez całe życie i któremu nigdy nie umiał się przeciwstawić, i że sam Jan do małżeństwa żadnego, ale to żadnego pociągu nie czuje. Wreszcie, w geście rozpaczy wskazywała, że Jan Działyński nie nadaje się na lidera partii „czartoryskiej” w Wielkopolsce, gdyż jest zupełnie pozbawiony instynktu politycznego. Wszystko to na próżno: w 1855 ogłoszono zaręczyny i po dwóch latach odwlekania i pasywnego oporu Izabeli, wyszła za mąż za hrabiego Jana w dniu 21 lutego 1857 roku w Paryżu. W parę miesięcy po ślubie wyjechała z mężem do Wielkopolski.

CDN.

czwartek, 16 sierpnia 2007
Perypetie panów (i pań) na Rogalinie (cz.II)

Rogalin i inne dobra odziedziczył ich syn jedynak Roger Raczyński (1820-1867). Stryj Atanazy wytoczył mu proces o majątek, twierdząc, że jako syn przedślubny nie może dziedziczyć, co sąd pruski praworządnie oddalił, stwierdzając, że legitymuje go późniejszy ślub rodziców. Bratanek nie lubił stryja i kiedyś dość złośliwie go opisał w liście do matki, która zachwycona stylem syna, w przypływie idiotyzmu, list przepisała i posłała Atanazemu. Stosunki stały się lodowate. I nie polepszyły się, kiedy Roger wziął udział w powstaniu wielkopolskim, co omal nie przypłacił utratą wszystkich majątków, ale co zmusiło go do czasowej emigracji. Ale do zerwania doszło z przyczyn matrymonialnych. Otóż około 1846 roku Roger poznał piękną Zenaidę z Hołyńskich księżną Lubomirską (1820-1893). Wywiązał się romans, który zaowocował „chorobą dziewięciu miesięcy.” Książę Lubomirski kategorycznie odmówił uznania dziecka, urodzonego w 1847 roku Edwarda. Wówczas Roger wziął się na sposób. Poślubił w 1850 roku mieszczankę drezdeńską Marię Gotschall (1822-1851), która następnie przed notariuszem zeznała, że trzyletni Edward jest synem jej i jej męża zrodzonym przed ślubem. Nie wiadomo, co bardziej doprowadziło do pasji sędziwego Atanazeogo: małżeństwo totalnie formalne, czy też bratanica mieszczanka i protestantka, czy też kolejny nieślubny Raczyński. Zerwał on wszelkie więzy z rodziną panów na Rogalinie i wydziedziczył ich z praw do ordynacji obrzyckiej, zapisując ją dalekim kuzynom z Kurlandzkiej linii. Co ciekawe, we wspomnieniach o rodzinie Raczyńskich, wnuk Rogera, nawet słowem nie zająknął się o swojej babce – ani tej prawdziwej (ks. Lubomisrskiej), ani tej fikcyjnej (Gotschall). Wspominał za to bardzo ciepło, drugą żonę (od 1862 roku) Rogera i jego siostrzenicę (!), Konstancję z Lachamnów (1834-1874), która po rychłej śmierci męża, przez lata urządzała seanse spirytystyczne, rozmawiając z nim zza grobu i która, o dziwo, w wyniku tego zupełnie zdziwaczała (delikatnie rzecz biorąc). Dzieci nie mieli.

Piękny pałac w Rogalinie odziedziczył Edward Aleksander Raczyński (1847-1926), o którym obszernie pisze we wspomnieniach jego syn, więc nie będę się rozpisywał. I on kontynuował tradycję niekonwencjonalnych małżeństw rodzinnych. Oto bowiem zakochał się w synowej poety Zygmunta Krasickiego, Róży z Potockich Krasińskiej (1849-1937). Jednak na skutek czy to naiwności, czy też lenistwa oficjalnie się „nie rozmówili” i korzystając z „okienka”, oświadczyła mu się córka Zygmunta, Maria hrabianka Krasińska (1850-1884), którą nieborak poślubił. Małżeństwo było totalną katastrofą, gdyż Maria była dwulicową, zazdrosną intrygantką – być może wiedziała, że jak wszyscy w jej rodzinie umrze młodo na gruźlicę. Po paru latach czując, że choroba i ją powoli pożera, popadła w nałóg morfiny, który jej życie skrócił jeszcze bardziej. Zmarła z przedawkowania w Trydencie, zostawiając jednego syna Karola Raczyńskiego (1878-1946). Po stosownym roku żałoby Edward poślubił w 1886 swoją ukochaną Różę, która stała się nową panią na Rogalinie. W pałacu zaroiło się od dzieci: małych Krasińskich (dzieci Róży z pierwszego małżeństwa), oraz dwóch Raczyńskich urodzonych Róży i Edwardowi. Roża Raczyńska stała się prawdziwą cesarzową rodu i to ona decydowała, kto zrobi jaką karierę. Uważała się za strażniczkę tradycji Raczyńskich i Krasińskich, szczególnie, że to jej, jak zawsze podkreślała, Delfina Potocka zostawiła korespondencję ze swoim wieszczem. Janina z Puttkamerów Żóltowska, której dzienniki poznańskie są wypisem złośliwych uwag pod adresem wszystkich i wszystkiego oprócz niej samej, o Róży Raczyńskiej miała jednak dobre zdanie i pozytywnie opisywała swój pobyt w Rogalinie.

Ale i w ostatnim pokoleniu rodzina Raczyńskich postanowiła wykazać się na polu matrymonialnym. Najstarszy syn Róży, Adam hr. Krasiński, IV ordynat na Opionogórze, poślubił inteligentną Wandę z Badenich, ale zmarł młodo i bezpotomnie w 1909 na dziedziczną w rodzinie gruźlicę. Jego siostra Elżbieta poślubiła Jana Tyszkiewicza z Waki, ale i ona zmarła młodo, pozostawiając gromadkę dzieci na wychowanie babce w Rogalinie. Z nich Michał hr. Tyszkiewicz (1903-1973) zasłynął w 1931 roku, gdy poślubił Hankę Ordonównę (1902-1949), aktorkę i piosenkarkę. Rodzina robiła dobrą minę do złej gry, ale Róża skomentowała ten ślub krótkim: „mój głupi wnuk!”.

Jej najstarszy syn z drugiego małżeństwa Roger hr. Raczyński (1889-1945) i formalnie ostatni właściciel Rogalina, był wojewodą poznańskim, potem ambasadorem w Bukareszcie. Prowadził się dość swobodnie – czy też jak mawia się o mężczyznach „miał powodzenie”. Wreszcie poślubił ku rozpaczy matki rozwódkę, Helenę Rohozińską (1892-1966). Nie mieli dzieci.

Jego młodszy brat Edward Bernard Raczyński (1891-1993) poślubił najpierw angielską arystokratkę Joyous Marham (1902-1931). Lloyd George, nie lubiący Polaków, ale zaproszony na ślub podobno nie podał panu młodemu ręki. Po jej śmierci poślubił w 1932 roku Cecylię Jaroszyńską (1906-1962), z którą miał trzy córki.

W 1939 roku gdy Niemcy zajęli Rogalin, rodzina Raczyńskich znalazła się w większości poza granicami kraju. Pałac w Rogalinie przeznaczono na szkołę dla Hitler Jugend, którzy rozpoczęli systematyczną dewastację pałacu. Wówczas część zbiorów uratował Niemiec, syn III ordynata na Obrzycku Joseph Graf von Raczyński (1914-1996), wywożąc je do pałacu w Obrzycku i tam ukrywając przed Gestapo. Udało mu się także uratować część Biblioteki Raczyńskich z Poznania – reszta spłonęła podczas oblężenia miasta w 1945 roku. Spłonęła także część kolekcji obrazów Raczyńskich, przekazana do Muzeum Narodowego w Warszawie. Resztę można podziwiać w galerii w pałacu. Więcej zbiorów nie udało się uratować, gdyż i niemiecka linia rodu musiała się ukrywać z czasem przed Gestapo, które najprawdopodobniej zamordowało brata hr. Josepha, hr. Andreasa von Raczyńskiego w 1945 roku. Po 1945 Rogalin zamieniono na filię Muzeum Narodowego w Poznaniu, zwożąc tutaj meble z „rozparcelowanych” dworów z całej Wielkopolski.

Tymczasem za granicą umierali powoli Raczyńscy z Rogalina: w 1945 roku w Atenach, hr. Roger; w 1958 roku w Londynie syn Karola i Stefanii z książąt Czetwertyńskich (1879-1948), hr. Roger Raczyński (1909-1958); w 1962 roku hrabina Cecylia z Jaroszyńskich; w 1966 roku w Paryżu hrabina Helena z Rohozińskich Raczyńska. Z rodziny pozostali tylko hrabia Edward i jego trzy córki. W l. 1979-1986 Edward hr. Raczyński pełnił urząd Prezydenta RP na Uchodźstwie. Gdy zmieniła się sytuacja polityczna, przyjechał znowu do Polski, choć mieszkał do końca życia w Londynie.

Jako ostatni z rodu musiał być wierny tradycji: na dzień przed swoimi 100. urodzinami (!) poślubił w Londynie Anielę z Lilpopów 1 voto Mieczysławską (1910-1997), wywodzącą się z rodziny ewangelickich przemysłowców Warszawy. Tym samym ustawił poprzeczkę niezwykle wysoko: któż bowiem pobije jego wyczyn ślubu w wieku 100 lat?

Ostatni z polskiej linii hrabiów Raczyńskich (niemiecka żyje obecnie w Chile i RFN), jego dwie ostatnie żony, i ostatnie hrabiny Raczyńskie, spoczęli w podziemiach kościoła w Rogalinie, przy innych członkach rodu. Tym samym dobiegła końca historia właścicieli Rogalina i ich dość nietypowych perypetii małżeńskich, które oglądały ściany tego pięknego pałacu od 1770 roku.

Odwiedźcie kiedyś Rogalin.

http://free.art.pl/rogalin/

http://www.mnp.art.pl/oddzialy/rogalin/

Perypetie panów (i pań) na Rogalinie (cz. I)

W minioną niedzielę razem z Rafałem wybrałem się do położonego pod samym Poznaniem pałacu hrabiów Raczyńskich w Rogalinie. Jeśli pominąć fatalne oznakowanie zjazdu z autostrady oraz jeszcze gorsze, bo nie istniejące oznakowanie drogi do samego pałacu, podróż odbyła się bez większych przeszkód. I tak oto, gdzieś w okolicy pięknego i słonecznego niedzielnego południa, stanęliśmy przed jednym z najpiękniejszych pałaców Wielkopolski.

Rogalin.

Przez wiele lat miejscowość tę możnaby określić dosadnie jako dziurę. Nawet kościół wybudowano w Rohgalinku, a nie w samym Rogalinie, choć zapewne nie bez znaczenia mógł tu być fakt, że aż do końca XVIII wieku ta miejscowość znajdowała się w posiadaniu reformowanej szlachty: Arciszewskich, Unrugów, Szlichtyngów. Jednak gdzieś na pod koniec XVIII wieku przejeżdżał nią Kazimierz Raczyński.

Kazimierz Raczyński (1739-1824) wywodził się ze starej wielkopolskiej rodziny, która choć i owszem osiągała krzesła senatorskie, ale jakoś nie wyrosła ponad przeciętność do połowy XVIII wieku. Być może obecność takich rodów jak Leszczyńscy, Opalińscy i Sułkowscy spychała ich w cień. Jednak to właśnie Kazimierz Raczyński, sprzedawszy swoje majątki na północy Wielkopolski zakochał się w tej odludnej miejscowości i nabył ją w 1770 roku. Przy pomocy kuzyna, arcybiskupa gnieźnieńskiego Ignacego, rozpoczął robienie zawrotnej kariery, stając się w 1774 starostą generalnym Wielkopolski. Był typowym arystokratą z końca XVIII wieku. Solidarność wyrażał z porządkiem ancien – regimu, a nie z Polską czy jakimś innym narodem. Stąd jak wielu mu podobnych nie gardził pensją od rządu rosyjskiego, która choć częściowo pozwoliła mu sfinansować przebudowę dworku w Rogalinie w piękny, romantyczny pałac w stylu francuskim. Wykorzystując oryginalne położenie na wzgórzu oraz szczątki puszczy dębowej (słynne dęby rogalińskie) pałac pięknie nabiera wyjątkowo wytwornego wyglądu zarówno od strony podjazdu, jak i ogrodu. Zaledwie wybudowawszy dom przeniósł się Raczyński do Warszawy z rodziną, gdzie zasłynął jako przeciwnik Konstytucji 3 Maja i Targowiczanin. Od powieszenia razem z hetmanami w 1794 roku uratowała go w ostatniej chwili ucieczka ze stolicy. Powróciwszy do Wielkopolski stał się tak gorliwym poddanym Króla Prus, że ten nadał mu w 1798 roku dziedziczny tytuł hrabiowski. Przy wszystkich swoich wadach, uchodził za znakomitego marszałka nadwornego, który wyjątkowo uczciwie egzekwował prawo w stolicy i który zaprowadził w niej na modę francuską latarnie uliczne. Końcówkę życia spędził w swoim pałacu w samotności wychowując swoich wnuków. Zmarł w Rogalinie i został pochowany w pięknej kaplicy wybudowanej przez siebie nieopodal pałacu w stylu neoklasycystycznym (obecnie jest to kościół).

Kazimierz Raczyński miał jeden problem: nie miał syna, lecz jedynie dwie piękne i dość swobodne córki. Bardzo wcześnie postanowił jedną z nich wydać za mąż za swojego kuzyna Filipa Raczyńskiego (1747-1804). Gdy najstarsza Magdalena (późniejsza księżna Lubomirska) odmówiła, wybór padł na piękną Michalinę (1768-1790). Młoda panna bardzo szybko zorientowała się, że małżeństwo z nudnym wujem wyrwie ją ze szponów tyranii ojca i bez trudu przekonała narzeczonego, że jest w nim zakochana. Ślub wzięto szybko i Marcelina rzuciła się w wir uciech życia towarzyskiego. Koniec XVIII wieku skwitował kiedyś książę de Tayllerand, że ten kto nie żył przed 1789 nie wie, czym jest szczęśliwe życie. Marcelina Raczyńska korzystała z niego garściami, co wzbudzać musiało marszczenie brwi przez jej męża. Szeptano nawet, że ich młodszy syn nie jest synem swego oficjalnego ojca, co w tamtych czasach nie stanowiło specjalnej rewelacji. Podobno, gdy się modliła w kościele, to chociaż miała pobożną pozę, czytała rzeczy bynajmniej nie uduchowione włożone w okładki książeczki do nabożeństwa. Gdy umierała w 1790 roku mając zaledwie 22 lata zaszeptała (po francusku): „Czyż jestem tak stara, że czas mi umierać?”. Jej ojciec napisał owdowiałemu zięciowi dosadnie: „Zanudziłeś swoją żonę na śmierć”. Bardziej prawdopodobne jest to, że jej młody organizm wyczerpało pięć ciąż, w ciągu zaledwie 6 lat pożycia. Dwojgiem wnucząt zajmował się najpierw ojciec, a potem dziadek Raczyński. Ten ostatni załatwił im także przed śmiercią rozszerzenie tytułu hrabiowskiego i na nich.

Edwarda (1786-1845) i Atanazego (1788-1874) Raczyńskich wychowywano w domu, gdzie kształcił ich i lał równo kijem, pięścią i dłonią domowy jezuita. Ku zdumieniu potomnych, po tak brutalnej edukacji wyrośli na wykształconych i inteligentnych ludzi. Małżeństwo rodzinne spowodowało jednak, że bracia byli dziwakami. Edward był małomównym, pobożnym introwertykiem, zaś Atanazy był złośliwy, pamiętliwy i zazdrosny. Jego pamiętniki są wprost rajem plotek i doskonałą próbą jego ciętego języka: „Powracam do księżnej Pauliny Borghese. Nasuwa mi się mgliste przypuszczenie, że księżna Paulina zechce ulec fantazji przespania się ze mną.” Obydwaj bracia byli konserwatystami do szpiku kości. Nic w tym dziwnego: odziedziczyli nie tylko tytuł hrabiowski ale także ponad 20 000 ha ziemi, z których części Atanazy utworzył w 1825 roku ordynację obrzycką. Bracia oddawali się pasji zbieractwa: Edward rozpoczął kolekcjonowanie rzadkich polskich ksiąg, map, starodruków, zaś Atanazy malarstwa. Kolekcję tego pierwszego, udostępniono publice w Poznaniu, jako Bibliotekę Raczyńskich, jedną z pierwszych publicznych bibliotek w kraju (1829).

Naturalnie bracia powinni się ożenić. Pierwszy w związek małżeński wstąpił Atanazy, poślubiając w 1816 roku księżniczkę Annę Radziwiłłównę (1785-1879), bratanicę właściciela Nieborowa. Ponieważ rodzina nie kwapiła się wypłatą stosownego posagu, Atanazy pozwał ją do sądu. Ostatecznie otrzymał spore dobra w powiecie Miechowskim w Galicji. Małżeństwo to początkowo bardzo zgodne, nie wytrzymało próby czasu, choć rozwodu oczywiście nie przeprowadzono. Atanazy żonie wypominał romanse bardziej domniemane, niż rzeczywiste, zaś ona chyba musiała mu od czasu do czasu wypomnieć, że urodziła się księżniczką, a jego zrobiono hrabią. Skutek tego był taki, że na odnowionym zamku w Zawadzie, kazał umieścić okolicznościową tablicę z napisem „Anna z Radziwiłłów Raczyńska – właścicielka; Atanazy Raczyński – administrator.” I choć zamek ten spłonął w 1914 roku, akurat ta tablica, szczęśliwie ocalała. Mieli razem dwie córki wydane za arystokratów węgierskich, oraz syna Karola (1817- 1899) II ordynata na Obrzycku, bezpotomnego z niemiecką arystokratką Karoliną księżną Oettingen – Wallerstein (1831-1898).

Równie ciekawe życie osobiste miał Edward Raczyński. Związał się w młodości z córką Szczęsnego Potockiego, Konstancją Potocką (1781-1852) i wdową po Janie Potockim, tym od „Rękopisu odnalezionego w Saragossie.” Z jakiegoś powodu nie akceptował jej jednak sędziwy Kazimierz Raczyński, i para młoda mieszkała bez ślubu na kocią łapę, dochowując się syna Rogera (ur.1820). Ślub wzięli w 1824 i stanowili bardzo dobraną parę, gdyż dobra i łagodna Konstancja wpływała kojąco na coraz bardziej popadającego w depresję męża. Nie lubił jej za to szwagier, który z wrodzoną sobie delikatnością napisał o bratowej: „Pani Janowa Potocka ma dość piękną głowę i wiele świeżości, ale jest bardzo tłusta i kuleje. Pod względem intelektu to nic nadzwyczajnego. Usposobienie ma zmienne: jest władcza i próżna, mówi dużo, niewyraźnie i nieumiejętnie.” Ale małżeństwo było szczęśliwe. Do czasu, gdy Polacy w Poznańskiem nie pokazali swojej małoduszności. Otóż Edward Raczyński przez wiele lat stał na czele komitetu budowy pomnika Bolesława Chrobrego i Mieszka I w katedrze w Poznaniu. Rodacy wiele mówili, ale bardzo mało łożyli i ostatecznie Raczyński z własnej kieszeni wysupłał brakującą połowę na mozaikę i umieścił na cokole napis: „Do tej kaplicy ofiarowuje Edward Nałęcz Raczyński”. I wtedy się zaczęło. Odezwali się wszelkiej maści „obrońcy” i współcześni mu „kombatanci”, że hańba, że prywata, targowica, bo przecież składało się całe społeczeństwo, a ten prywatę urządza. Na próżno Edward tłumaczył, że nic społeczeństwo, tylko on sam z własnej szkatuły. Nic nie pomogło. Zmęczony pomówieniami i ordynarnymi atakami Edward popełnił samobójstwo, strzelając do siebie na wyspie koło Zaniemyśla.

Pogrzeb, o dziwo, miał kościelny. Arcybiskup poznański udał, że wierzy w niepoczytalność w chwili śmierci, a poza tym taki skandal byłby bez pogrzebu kościelnego... Uroczyste egzekwie prowadził sam w katedrze, która wypełnili przyjaciele, znajomi, oraz oczywiście „patrioci”, którzy go de facto zaszczuli. Pochowany został nie w grobowcu rodzinnym w Rogalinie, ale na cmentarzu przykościelnym w Zaniemyślu, gdzie zrozpaczona wdowa (to drugi jej mąż, który popełnił samobójstwo) ufundowała mu grobowiec ze swoją podobizną jako bogini zdrowia Hygei. Napis brzmi: „Tu spoczywa Edward hr. Nałęcz Raczyński, który dla siebie był skąpy, pomocny biednym, hojny dla Ojczyzny.” Jej ból wyraża jej własne epitafium, ułożone przez nią samą: „Żona pilnuje tymczasem zwłok męża i błaga o modlitwy dla niego”. Spoczęła obok niego po latach.

piątek, 03 sierpnia 2007
Sława i hańba rodu Waldeck-Pyrmont (cz.II)

Książę Jerzy Wiktor von Waldeck-Pyrmont poślubił znana z piękności córkę swojego sąsiada księcia Nassau, Helenę (1831-1888). Małżeństwo było bardzo udane, i co ważniejsze płodne: po urodzeniu sześciu córek urodził się upragniony syn i następca, a potem siódma i ostatnia córka. Normalnie rzecz biorąc, taka ilość dziewcząt na wydaniu stanowiłaby problem, ale młode księżniczki Waldeck miały dwie poważne zalety: były protestantkami, a to było wyznanie większości domów panujących. Prawosławni rosyjscy książęta również lubili protestanki, bowiem te chętnie wychodziły za mąż i nie robiły problemów ze zmianą wyznania. Drugą zaletą panien von Waldeck, był fakt, że były piękne. I choć w 1869 roku umała młodo najstarsza Zofia, to wkrótce w pałacu w Aroslen, drzwi nie przstawały się zamykać, gdyż o rękę pięknych księżniczek zaczęli się starać kawalerowie z domów panujących. Pierwsza za mąż wyszła Maria (1857-1882), która w 1877 roku poślubiła następcę tronu Wirtembergii (i późniejszego jej króla) Wilhelma II. Podczas uroczystości ślubnych w kaplicy pałacowej w Arolsen, obecny był król Holandii Wilhelm III (1817-1890), wuj pana młodego. Jego uwagę zwróciła starsza siostra Marii, Paulina.

O królu Wilhelmie III holenderskim możnaby wiele powiedzieć, ale by powiedzieć o nim coś dobrego trzeba by się wysilić i mocno skupić. O jego charakterze niech zaświadczą dwa fakty: królowa Wiktoria nazywała go „największym rozpustnikiem swoich czasów” , a jego najstarszy syn wolał zapić się na śmierć w Paryżu niż mieszkać w Holandii z ojcem. Tym nie mniej jednak w 1877 roku  sytuacja dynastyczna w Holandii była rozpaczliwa. Umarła piękna i mądra żona Wilhelma, królewna wirtemberska Zofia. Ich nastarszy syn był w totalnym delirium tremens w Paryżu, młodszy umierał na gruźlicę w Holandii. Zdesperowany Wilhelm III ożenił swojego brata z 50 lat od niego młodszą księżniczką pruską, ale oczekiwania dynastii i narodu były tak wielkie, że książę Henryk dostał w noc poślubną udaru i zmarł w pół roku po ślubie nie spłodziwsz naturalnie potomka. Wówczas Wilhelm III zaproponował, że ożeni się z pewną aktoreczką rewii paryskiej, co rząd holenderski uznał za dowcip w baaardzo złym guście. Królowi postawiono ultimatum: ma sobie znaleźć stosown protestancką księżniczke i spłodzić dziecko, najlepiej syna. Wówczas ku przerażeniu Pauliny, król Holandii przypomniał sobie o młodej i pięknej księżniczce Waldeck.

Niemłody, ale koronowany wdowiec, pewny swoich walorów poza charakterologicznych, oświadczył się młodej Paulinie von Waldeck. I ku swojemu zdumieniu usłyszał zdecydowane NEIN. Nie zrażony tym, oświadczyny ponowił, a gdy znowu spotkał się z odmową, oświadczył się raz jeszcze, z tym że tym razem młodszej siostrze Pauliny, Emmie. I ku nie mniejszemu zdumieniu rodziny, ta powiedziała sakramentalne JA.

Nie wiadomo, co czuła Paulina, gdy w mroźny poranek 17 stycznia 1879 patrzyła na swoją młodszą siostrę wychodzącą za mąż w pałacowej kaplicy, za jej namolnego epuzera. Ku zdumieniu wszystkich, małżeństwo Emmy i Wilhelma okazało się zgodne i udane. W 1880 królowa urodziła dziecko, upragnioną córkę Wilhelminę, która po śmierci braci stała się dziedziczką tronu Holandii. W 1884 król Wilhelm III doznał udaru i regencję w jego imieniu przejęła dobra królowa Emma. Gdy zmarł w 1890 założyła żałobę, której nie zdjęła do końca życia. Była regentką Niderlandów do 1908 roku w imieniu córki. Zmarła w 1934 roku w Hadze i spoczęła w grobowcu królewskim w Niuwe Kerk w Delft. Cieszyła się ogromną popularnością Holendrów, podobnie jak jej córka Wilhelmina, która przez okres II Wojny Światowej przeprowadziła Holendrów i którą Winston Churchill nazwał „ niezłomną”. Ale wracajmy do Aroslen.

Jak się należało spodziewać, małżeństwo Emmy zdecydowanie podniosło akcje jej sióstr na ówczesnym koronowanym rynku matrymonialnym. W 1881 roku Paulina (1855-1925) wyszła za mąż za księcia Alexis Fst zu Bentheim und Steinfurt i zamieszkała w jego ogromnym zamku Bentheim, nieopodal holenderskiej granicy, często bywając na dworze swojej koronowanej siostry. Rok później ich młodsza siostra Helena (1861-1922) wyszła za mąż za syna królowej Wiktorii, Leopolda księcia Albany. To małżeństwo było najtragiczniejsze, gdyż pan młody cierpiał na hemofilię i zaledwie dwa lata po ślubie wykrwawił się na śmierć, pozostawiając wdowę i dwójkę dzieci. Najmłodsza z sióstr, Aleksandra (1873-1961) wyszła za mąz dopiero w 1900 roku za księcia Alexander Fst zu Erbach-Schönberg, notabene wnuka pięknej Polki Julii Huke księżnej von Battenberg.

Zdaje się, że cykl ślubów córek obudził w starym księciu Jerzym Wiktorze jakieś dawno spiące w nim siły i możliwości i gdy w 1888 roku umarła jego małżonka księżna Helena von Nassau (jej brat stał się w między czasie wielkim księciem Luksemburga), w 1891 roku poślubił młodziutką księżniczkę Luzie von Schleswig - Holstein (1858-1936) i spłodził z nią syna Wolrada (1892-1914). Pokazując tym samym, że gdy duch jest ochotny, to i ciało mdłe być nie musi, książę Jerzy Waldeck zmarł w 1893 roku, a tron po nim objął jego najstarszy syn Fryderyk książę von und zu Waldeck-Pyrmont (1865-1946). On też panował  w księstwie do wybuchu I Wojny Światowej, jako ostatni udzielny książę Waldeck-Pyrmont.

Lata I Wojny Światowej i następne, nie były szczęśliwe dla domów panujących. Najpierw, bo już w 1914 poległ młody książę Wolrad von Waldeck Pyrmont, a następca tronu książę Josias został ciężko ranny w ataku gazowym. Wojna stawała się coraz bardziej niepopularna, a wraz z nią monarchie ją popierające. I wreszcie jesienią 1918 roku kolejno władcy państwek niemieckich zaczęli abdykować, a ich państwa stawały się republikami. Ostatni książę Waldeck abdykował 14 listopada 1918 roku, choć była to już tylko formalność. Jego odejścia z funkcji panującego mało kto zauważył, i rodzina książęca pozostała w pałacu, jak gdyby nigdy nic. Najdłużej w Niemczech panował jego szwagier, król Wirtembergii, dobry i lubiany Wilhelm II (1848-1921), który abdykował dopiero 29 listopada. Czas średniowiecznych państwek dobiegł kresu i w 1927 roku zlikwidowano nawet Wolne Państwo Waldeck-Pyrmont. Okręg Waldeck wcielono do landu Hanower, a Aroslen i okolice do Hesji.

Na to wszystko patrzył z okien pałacu ostani następca tronu, Josias Erbprinz von Waldeck (1896-1969), syn księcia Fryderyka i jego dobrotliwej małżonki księżnej Bathildy von Schaumburg – Lippe (1873-1962) i małżonek Altburgi księżniczki von Oldenburg (1903-2001). Patrzył i postanowił się zemścic na losie. Trudno bowiem inaczej wytłumaczyć wybór życiowy księcia Josiasa, który ostatecznie shańbił ród von Waldeck. Książę Josias stał się bowiem nazistą. W przeciwieństwie do wielu późniejszych, nie był koniunkturalistą, bowiem z tym ruchem związał się już w latach 20. XX wieku. Ludzie wspominali go jako osobę cichą, spokoja i nigdy nie podnoszącą glos, ale być może dlatego straszniejszą. Był członkiem NSDAP, potem z typową niemiecką starannością uczestniczył w likwidacji S.A. Podobno wtedy wyraził „ osobistą niechęc” do przemocy, ale wzorem wielu osób przed i po nim, wymówił się „ obowiązkiem”. Dzięki niemu i krewnych jego żony, nazizm uzyskał akceptację części arystokracji niemieckiej. Części, bo np. jego wirtemberscy, bawarscy, sascy i badeńscy kuzyni byli jednak wściekle antynazistowscy i zerwali z nim wszelkie kontakty. Podczas nocy kryształowej nakazał swoim żołnierzom powstrzymanie się od aktów przemocy, ale co bardzo dziwne, nikogo później za takie nie ukarał. Największą hańbą okrył się jednak nadzorując od 1939 roku obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie. Czy wiedział dokładnie co się działo w tym obozie? Trudno zrozumieć, jakby mógł nie wiedzieć. Przypomnę tylko, że tamtejszy dyrektor obozu Otto Koch zasłynął z wyrobienia lamp z abażurami z ludziej skóry. Podobno książę Josias dowiedział się o tym dopiero w 1942. podobno, był tak oburzony, że doprowadził do dymisji Kocha, jego sądu i roztrzelania przez Niemców, za „ okrucieństwo w stosunku do więźniów”.

Po upadku Hitlera, Josias stanął przed amerykańskim sądem w tzw. procesie załogi Buchenwaldu. Proces zakończył się w dniu 14 sierpnia 1947, kiedy to książę von Waldeck und Pyrmont został skazany na karę dożywotniego pozbawienia wolności, w związku z pełnioną przezeń zwierzchnią władzą nad Buchenwaldem. 22 innych oskarżonych skazano na karę śmierci przez  przez powieszenie, a 9 na kary pozbawienia wolności od dożywocia do 10 lat. Z czasem wyrok ten w stosunku do Josiasa zamieniono na 20 lat więzienia, i wreszcie wypuszczono po zaledwie 3 latach, w 1950 roku, „ ze względu na zły stan zdrowia”. Być może wpływ na tę decyzję miał fakt, że książę von Waldeck przeznaczył część swojego pałacu na słynne archiwum zaginionych w II Wojnie Światowej w Arolsen. Książę Josias von Waldeck – Pyrmont, zmarł na zamku szwagra Schaumburg w 1967 roku. Nigdy oficjalnie nie wyraził skruchy za swoje czyny, niczym wielu swoich rówieśników zasłaniał się brakiem pamięci bądź brakiem wiedzy. Po 1945 rokiem holenderska rodzina królewska zerwała wszelkie więzy łączące ją z rodziną von Waldeck, choć utrzymuje je z rodziną potomków Pauliny.

Obecnie właścicielem pałacu (pięknie utrzymanego) jest syn księcia Josiasa, książę Wittekind von Waldeck und Pyrmont (ur.1936). Niejako kontynuując tradycję małżeństw z kobietami od siebie dużo młodszymi, poślubił dopiero w 1988 roku hrabiankę Cecylię von Goëß-Saurau (ur.1956), z którą ma trzech synów. Jego siostry wyszły za mąż za książąt von Bentheim, von Wied oraz von Erbach-Erbach. Rodzina książąt ciągle mieszka w pałacu, korzystając z lewego skrzydła.

Gdybyście kiedyś przejeżdżali w pobliżu pałacu w Aroslen, zatrzymajcie się i odwiedzcie to miejsce. I pamiętajcie o chwale i hańbie rodu von Waldeck – Pyrmont.

www.schloss-arolsen.de

 
Sława i hańba rodu Waldeck-Pyrmont (cz. I)

Wracając z Amsterdamu do Polski, udało mi się spełnić jedno z moich marzeń i wreszcie na własne oczy zobaczyłem rezydencję w Arolsen, siedzibę arystokratycznej rodziny książąt von Waldeck – Pyrmont.

Położone pośród pagórków Hesji miasteczko Arolsen, przez wiele wieków kojarzyło się, podobnie jak cała Hesja, głównie z biedą. Ziemia była tutaj nienajlepsza, rodziny były równie płodne, co biedne, a w dodatku od czasów średniowiecza, Hesja była rozdrobniona na wiele małych państwek, gdzie rządzili bardziej, lub zwykle mniej udani władcy, słynący z tego, że nadmiar swoich poddanych sprzedawali jako rekrutów do obcych armii. Znajdujące się na północy maleńkie hrabstwo Waldeck w średniowieczu raczej niczym szczególnym się nie zapisało. W Arolsen założono benedyktyński klasztor dla pań i opatki rządziły tym terytorium od 1121 do 1526 roku.

W tym to roku nastąpiła poważna zmiana. Na skutek poważnych i dość bizantyjskich układów politycznych, katolicki arcybiskup Moguncji Franz von Waldeck, zsekularyzował ziemie klasztorne w Arolsen i przekazał je swoim luterańskim bratankom i hrabiom Waldeck (!). W całym państewku solennie wprowadzono luteranizm, nabożeństwa po niemiecku i niedzielne czytania z Biblii w tym języku. Chcąc podkreślić swoje związki z nowym wyznaniem i pogardę dla „papizmu” hrabiowie Waldeck zamienili klasztor na pałacyk myśliwski. Umierając w 1555 roku biskup katolicki biskup Waldeck spokojnie patrzył na fortunę swoich, bądź co bądź luterańskich krewniaków. Składały się nią hrabstwa Waldeck, hrabstwo Pyrmont (odziedziczone w 1525 roku) oraz dobra Arolsen.

W 1655 roku przeniesiono stolicę państewka miniaturki z Waldeck do Aroslen, które stało się odtąd siedzibą rodu. Wiek XVII upłynął hrabiom von und zu Waldeck dość sennie. Jedną z rzeczy, która wyróżniała harbiów Waldeck była niesłychana płodność. U schyłku XVII wieku na scenę wkracza hrabia Friedrich Anton Ulrich von Waldeck (1676-1728). Jego skromne państwo nie mogło mu zapewnić kariery – miał także 24 młodszego rodzeństwa! Młody hrabia razem ze swoim pułkiem wojsk, zaciągnął się pod komendę cesarską. Walczył razem z Janem III Sobieskim pod Wiedniem (w pałacu jest jego portret), a także potem w kolejnych walkach z Turkami zakończonymi w 1699. gdy wybuchła wojna sukcesyjna hiszpańska stał wiernie na czele swojego pułku przy cesarzu. Ta wierność wymagała nagrody i w 1712 roku cesarz Karol VI Habsburg podniósł go do rangi dziedzicznego księcia Rzeszy.

Tytuł księcia Rzeszy zobowiązywał i w związku z tym książę Fryderyk nakazał przebudowę pałacu w Arolsen. Z małego renesansowego pałacyku miał się stać rezydencja odpowiadającą potędzie i randze rodziny von Waldeck-Pyrmont. Ponieważ Wersal był bardzo a la mode, naturalnie architekt został sprowadzony z Francji, a pałac był wzorowany właśnie na Wersalu. Wybudowano piękną klatkę schodową, po której wchodzili petenci i goście. Gdy gośćmi były koronowane głowy, książę i księżna Waldeck witali ich osobiście przy wejściu. Gdy gość był niższej rangi, witał go minister, który go prowadził na górę, gdzie zostawał przedstawiony ich książęcym mościom. W pałacu wybudowano osobną kaplicę, a po drugiej stronie znajdowały się biblioteka zamkowa i zarząd dóbr książęcych.

Umierając w 1728 roku książę Fryderyk pozostawił po sobie wzmocnione państwo, pałac nazywany już wtedy „ Wersalem Hesji” oraz wdowę i jedenaścioro dzieci. Księstwo objął po nim najstarszy syn Chrystian Filip, a po jego śmierci jego brat Karol August von Waldeck Pyrmont (1704-1763). Podobnie jak ojciec był generałem wojsk cesarskich i podobnie jak ojciec, w księstwie pojawiał się tylko by odwiedzać swoją pobożną małżonkę. Gdy zmarł dość nieoczekiwanie, wdowa przejęła regencję w imieniu swojego syna i zarządzała księstwem ze zdumiewającą energią i postępem, wprowadzając wiele reform, w tym m.in. obowiązek powszechnej nauki w szkole.

W XIX wiek księstwo wkroczyło jako małe spokojne państewko (1121 km2) położone na uboczu Hesji, rządzone przez przeciętnych władców z dynastii Waldeck-Pyrmont. W 1815 roku niepodległość księstwa uznał Kongres Wiedeński. Kolejni władcy mieli na tyle wyczucia politycznego, że sprzymierzyli się z Prusami. Gdy w 1866 roku wybuchła wojna austryjacko-pruska, i Austria została pokonana, książę Jerzy Wiktor zachował swoje księstwo, choć podpisano unię administracyjną z Prusami. Odtąd to Prusy administrowały księstwem na przedłuzalne umowy na 10 lat, a to zachowywało swoją suwerenność.

CDN

sobota, 09 czerwca 2007
Zamek de Haar i rotszyldowiskie dygresje

Choć pogoda temu nie sprzyjała i nawet lekko kropiło, nadszedł czas by Michiel odpracował swoją pańszczyznę i znowu wybrał się ze mną do nowego zamku. Tym razem nasz wybór padł na Kasteel de Haar, znajdujący się w odległości około 40 minut jazdy samochodem od Amsterdamu.

Zamek de Haar powstał około XIV wieku, kiedy to znajdował się w posiadaniu rodziny... de Haar. Najstarsza wzmianka o zamku pochodzi z 1391 roku. Wkrótce potem rodzina de Haar wymarła w linii męskiej i na skutek małżeństwa dziedziczki o słodko brzmiącym imieniu Josyna ze szlachcicem Dirkiem van Zuylen, zamek dostał się w ręce tej dość rozrodzonej familii. Rodzina ta brała aktywny udział w polityce państwa kościelnego, jaką był Utrecht (zwany Stichtem) i nie zawsze jej poczynania były na rękę księciom-biskupom. W XVI wieku była skoligacona z większością lokalnej szlachty i posiadała 15 różnych odgałęzień.  

Potem nadeszła reformacja. Rodzina van Zuylen jak większość była podzielona w swoich sympatiach: część była katolikami, część przyjęła kalwinizm (o nich pisałem w artykule o Slot Zuylen), a część – co było dość częste w Utrechcie „usiłowała zachować neutralność w sprawach wyznaniowych”. Linia z zamku de Haar pozostała katolicką i gdy w 1580 roku władzę w prowincji przejęli katolicy, ta gałąź przeniosła się do katolickiej Belgii pod panowaniem hiszpańskim. Kalwińscy Holendrzy majątki katolików pozostawili nietknięte i tak zamek de Haar był ciągle własnością rodziny, choć coraz rzadsze wizyty rodzinne spowodowały, że pod koniec XIX wieku był malowniczą ruiną.

 

I wtedy na scenę wkracza baron Etienne van Zuylen van Nijenvelt (1860-1934). Urodzony i wychowany w Belgii, całe życie marzył o odbudowie zamku i rodzinnej siedziby. Sprawy nie ułatwiał mu jego własny ojciec, który w XIX wieku systematycznie wyprzedawała swoje holenderskie posiadłości ziemskie. Do sprzedaży samego zamku – wówczas totalnej ruiny nie doszło, i w 1892 roku młody baron zwrócił się do słynnego katolickiego architekta (katolicy nie utrzymywali stosunków z protestantami i na odwrót) Cupersa, by spróbował odbudować zamek w stylu średniowiecznym. Optymistyczny hrabia ocenił czas potrzebny na odbudowę jako około 2 lat. Znany architekt, jakim był Cupers zachował znamienne milczenie, co do czasu odbudowy, ale podjął się tego zadania. Choć znane były szkice średniowieczne i późniejsze zamku, Cupers postanowił zamkowi nadać styl romantycznie średniowieczny, który nie miał z historią wiele wspólnego, ale który podkreślałby czcigodność rodu.

 

Odbudowa ruszyła pełną parą w 1892 roku. Odnowiono fosę, zburzono większość starych ruin i stawiano mury od nowa. Obudowano oficyny zamkowe tzw. „Chatelet”, gdzie były dodatkowe sale dla gości. Wystrój zamku był w stylu neogotyckim, choć wszystkie sypialnie wyposażono w osobne łazienki i ubikacje z bieżącą i ciepłą wodą. Otwarty niegdyś dziedziniec przykryto pięknym drewnianym dachem, zamieniając go w reprezentacyjny hol, który podkreśla starożytność rodziny Zuylen i ideały rycerstwa. By zamek należycie się prezentował odkupiono okoliczną ziemię i zaplanowano nowy, monumentalny ogród, który podkreślał estetyczne walory zamku. W tym celu wykupiono okoliczną wieś, a baron Etienne wybudował nową, w stylu gotyckim nieco dalej, z dala od zamku, ale w tym samym stylu. Ponieważ rodzina van Zuylen pozostała głęboko katolicka, odbudowano zrujnowany kościół, oczywiście w stylu neogotyckim, który stał się prywatnym kościołem rodzinnym. Przez ten cały czas baron z żoną podróżowali po świecie zwożąc do zamku dzieła sztuki by go należycie urządzić. Remont, zaplanowany na 2 lata max, nieco się przeciągnął: w zasadzie zakończył się w 1912, czyli „poślizg” wyniósł 18 lat. Piszę „w zasadzie”, bo drobne prace wykończeniowe trwały jeszcze po 1-szej Wojnie Światowej.

Oczywiście należy sobie postawić pytanie, skąd rodzina van Zuylen wzięła na to pieniądze? Otóż w 1887 roku gorliwy katolik i rycerz Maltański Etienne van Zulen poślubił baronównę... Marię Helenę de Rotschild (1863-1947) z bajecznie bogatej rodziny Żydowskich bankierów. Za specjalną dyspensą papieską, choć wzięli ślub kościelny, panna młoda pozostała Żydówką. Naturalnie obie rodziny nie były zachwycone i na ślubie pojawili się tylko ojcowie państwa młodych. Matka Marii Heleny w dniu ślubu córki przywdziała żałobę, której nie zdjęła do końca życia. Wbrew ogromnej niechęci obu rodzin małżeństwo było wyjątkowo udane. Państwo młodzi mieszkali albo w Paryżu, albo w swojej willi w Nieci do zamku de Haar przyjeżdżali tylko od czasu do czasu, zostając w nim nie dłużej niż miesiąc; ponadto we wrześniu baron van Zulen tradycyjnie otwierał festyn wiejski, we wsi którą sam wybudował.

 

Gdy remont zamku był już na ukończeniu i planowano wielkie przyjęcie z tej okazji, do zamku na końcową inspekcję wybrał się najstarszy syn baronostwa, Hêlin (1888-1912). Niestety, w drodze do zamku zginął w wypadku. Jego matka była niepocieszona w swoim żalu i kategorycznie odmówiła zamieszkania w zamku na stałe, z czas przestała do niego przyjeżdżać w ogóle. Synowi i mężowi wystawiła piękne grobowce w kaplicy rodowej, resztę swojego życia spędzając głównie w Nicei, gdzie zmarła. Po śmierci spoczęła przy mężu i przy synu w kościele zamkowym.

 

W 1934 roku zamek przejął syn jego restauratorów baron Egmont van Zuylen van Nijevelt van de Haar (1890-1960), holenderski dyplomata, który z racji wykonywanego zawodu w zamku bywał rzadko. W ramach dość nietypowych małżeństw, poślubił Egipcjankę, która dla niego porzuciła islam i przeszła na katolicyzm - Marguerite Namétalla (c.1905-1996). II Wojnę Światową baronostwo przeżyli w Anglii, co zapewne uchroniło ich od niechybnej śmierci z ręki nazistów. Zamek de Haar cudem ocalał i nie został nawet rozgrabiony przez niemieckiego komendanta stacjonującego w zamku. Po powrocie do kraju, baron Egmont był także tym, który otworzył zamek dla zwiedzających.

 

Po śmierci barona, zamek odziedziczył jego jedyny syn Thierry van Zuylen van Nijevelt van de Haar, który do 2000 roku pozostawał właścicielem zamku. Niestety, rosnące koszty utrzymania rezydencji, wysokie podatki oraz konieczność jego remontu spowodowały, że w 2000 roku własność przeszła na Fundację de Haar, gdzie rodzina van Zuylen ma swoją reprezentację w zarządzie. Rodzinie pozostawiono także prawa do użytkowania raz do roku przez miesiąc pewnych pomieszczeń zamkowych i oczywiście kościoła. Remont, który rozpoczął się w 2000 roku będzie trwał do około 2012 i tylko w tym roku jego koszty wyniosły około 18 milionów euro. Po trzech pokoleniach nie wytrzyma tego nawet potomek Rotszyldów. Być może rozstanie z zamkiem ułatwił fakt, że baron nie ma syna tylko pięć córek i na nim wygaśnie w linii męskiej rodzina van Zulen van Nijevelt van de Haar.

 

Na razie polecam odwiedzenie zamku – niektóre sale są zamknięte dla zwiedzających, ale do zamku warto wpaść na popołudnie.

 

Na zakończenie, chciałby wspomnieć od siostrze obecnego barona, baronównie Marii Helenie van Zuylen (1927-1996). Po rozwodzie z pierwszym mężem hrabią de Nicolay, wyszła za mąż za swojego kuzyna barona Guy de Rotschilda (ur.1909), i głowę paryskiej linii rodu. Razem z nim zamieszkała w 1959 roku w jego zamku we Francji Château de Ferrières, który stał nie zamieszkany od 1940 roku. Razem z mężem nie tylko go odnowili, ale uczynili z niego centrum spotkań francuskiej, włoskiej i angielskiej arystokracji oraz światowej śmietanki towarzyskiej. Jej mąż był właścicielem francuskiego banku Rotszyldów, aż do jego nacjonalizacji w 1981 roku przez francuskich socjalistów. Jednak nawet dla Rotszyldów posiadanie zamku stało się zbyt drogie i w 1975 roku podarowali oni swoją rezydencję Uniwersytetowi w Sorbonie. W tym samym roku baronostwo kupiło znany Polakom Hotel Lambert w Paryżu. Za swoje zasługi dla kultury francuskiej, baronową Rotschild odznaczono Orderem Legii Honorowej. Syn Marii Heleny i Guy, baron Edouard de Rotschild (ur.1957) stanął na czele odnowionego w 1986 roku banku Rotszyldów we Francji. Choć jest wyznania mojżeszowego i głową francuskiej linii rodziny, jest też pierwszym jej członkiem, który nie zasiada w Naczelny Konsystorzu Judaizmu we Francji (jest synem nie Żydówki i jest ożeniony z katoliczką). Jest bliskim przyjacielem Nicolasa Sarozyiego, nowego prezydenta Francji.

 

Nie znalazłem informacji, czy kiedyś był w zamku de Haar, ale wydaje mi się to bardzo, bardzo prawdopodobne.

http://www.kasteeldehaar.nl 

środa, 23 maja 2007
Chatsworth House

O Anglii mówi się, że ważne są tutaj tylko dwie rodziny: królewska i Howardów (książąt Norfolk). Nie jest to zupełnie prawdą, co starają się udowodnić inne rodziny książęce – najbliżej nich jest bez wątpienia rodzina książąt Devonshire – Cavendishów. By te hipoteze sprawdzic, razem z moim przyjacielem Bogusiem, mocno niewyspani, zapakowaliśmy się do samochodu Phila, który równie niewyspany co my zawiózł nas do rezydencji rodu Cavendish – Chatsworth House, uważanej za najpiękniejszą wiejską rezydencję w Anglii. Niektórzy z was może ją znają z ostatniego filmu „Pride and Prejudice” gdzie był rezydencją Mr. Darciego, jak się przekonamy, nie bez powodu.

 

Położone malowniczo między pagórkami Derbyshire Chatsworth House dostało się w ręce rodziny Cavendish w 1549 roku kiedy to pod wpływem namów swojej żony, słynnej Bess of Hardwick (1547-1608), nabył te dobra Sir Wiliam Cavendish. Jego żona była kobietą niezwykle zapobiegliwą i energiczną, i potrafiła zdominować wszystkich swoich czterech mężów. Jej inteligencja i brak uderzającej urody, pozwoliły jej na zdobycie przychylności królowej Elżbiety, która jak wiadomo urodziwych kobiet nie cierpiała. Bess była na tyle pewna swojej pozycji, a królowa jej wierności, że w latach 1569-1584 w ich dobrach przebywała nieszczęsna królowa Maria Stuart – piękna i niezbyt mądra kuzynka Elżbiety. Wybór Bess i jej czwartego męża hrabiego Shrewsbury był doskonały: Bess była gorliwą protestantką (jej ojciec i mąż obłowili się na dobrach poklasztornych), zaś hrabia Shrewsbury był katolikiem, ale obydwoje byli wierni swojej królowej. Marii Stuart okazywali przychylność (niektórzy nawet podejrzewali hrabiego Shrewsbury o zbytnią przychylność) i okres swojego pobytu u nich Maria Stuart spędziła spokojnie, bez wiekszych intryg czy awantur. Na jej pamiątkę, sala w której niegdyś nocowała, nosi nazwę sali „Królowej Marii Stuart”.

Lady Bess była jedną z pierwszych, która zaczęła przebudowywać Chatsworth House, choć wolała pobliską rezydencję Hardwick Hall, gdzie wybudowała wspaniały elżbietański pałac, z ogromnymi jak na ówczesne czasy oknami. Po jej śmierci w 1608 roku jej dobra odziedziczył drugi syn William Cavendish, którego w 1618 roku król wyniósł do godności 1. hrabiego Devonshire. Zamek pozostał zamkiem w stylu elżbietańskim. (Tutaj mała dygresja: rodzina Cavendish nigdy nie posiadała dóbr w Devonshire, więc nie wiadomo, skąd ten tytuł. Tłumaczy się, że w kancelarii królewskiej popełniono błąd i zamiast „Derbyshire” wpisano „Devonshire”. Jest to teoria nieco naciągana, ale z braku lepszego wytłumaczenia musimy się nią zadowolić).

Karierę rodzina Cavendish zaczęła robić dopiero w pokoleniu wnuków Bess. Pomagała im w tym gorliwie wyznawana anglikańska wiara i bezwzględna lojalność wobec Króla. Wnuk Bess, William (1592-1676) był dowódcą wojsk wiernych królowi Karolowi Stuartowi i po zwycięstwie Cromwella udał się na wygnanie. Mieszkał w Antwerpii w domu Rubensa. Po Restauracji monarchii, zwrócono mu majątki i w 1665 podniesiono do godności 1. księcia Newcastle-upon-Tyne. Jego kuzyn, 2. hrabia Devonshire w tym czasie patronował Tomasowi Hobbsowi. Jednak prawdziwą karierę dla rodziny i Chatsworth rozpoczyna William Cavendish (1640-1707) 4. hrabia Devonshire. Wychowany na gorliwego rojalistę i równie gorliwego anglikanina z rosnącym przerażeniem patrzył na postępowania Jakuba II, który chciał przywrócić katolicyzm w Anglii i Szkocji lub przynajmniej nadać mu wolność obrzędów. Hrabia Devonshire stał na czele opozycji, licząc na to, że po śmierci katolickiego króla tron obejmie jego anglikańska córka Maria. Gdy jednak w 1688 roku urodził się Jakubowie II zdrowy syn, hrabia nie wytrzymał. Hrabia Devonshire zaczął rozpuszczać plotki, że ów Jakub Franciszek Stuart to dziecko podłożone przez Jezuitów, i wybrał się do Holandii by przekonać Wilhelma Orańskiego by razem z żoną Marią dokonał inwazji na tron. Jak wiadomo, Wilhelm inwazji dokonał, jego teść z Anglii uciekł i w ten sposób hrabia Devonshire stał się jednym z architektów „Chwalebnej Rewolucji”, która podłożyła podwaliny pod angielski parlamentaryzm. Gdy jeszcze hrabia Devonshire razem z teściem diukiem Ormonde walnie przyczynili się do krwawego stłumienia powstania irlandzkich katolików, należała mu się nagroda. I tak w 1694 roku został podniesiony do rangi 1. księcia Devonshire.

Tytuł książęcy wymagał odpowiedniej rezydencji i wybór księcia padł właśnie na Chatsworth. Miało się to zakończyć małym remontem pałacu, ale jak to zwykle bywa, coś co się zaczyna w domu trudno to kiedykolwiek skończyć i tak przebudowa rozpoczęta w 1688 roku zakończyła się całkowicie dopiero w 1840 roku! Z jego czasów zachował się jego paradny portret na koniu oraz kaplica pałacowa, w której znajduje się ołtarz z przedstawieniem niewiernego Tomasza. Być może przebudowa pałacu ciągnęła się w nieskończoność, bo książęta Devonshire związani z partią Whiggów, zaangażowali się w politykę. 2. książę Devonshire, William (1673-1729) był aktywnym członkiem parlamentu i wzorem przodków był niezmiennie wierny panującemu od 1712 roku domowi Hanowerskiemu. Jego syn William (1698-1755) był Lordem Namiestnikiem Irlandii, gdzie dbał o interesy wielkich właścicieli ziemskich i o „porządek”. Przy okazji udało mu się ożenić swojego syna i dziedzica Williama (1720-1764) 4. księcia Devonshire z dziedziczką bajecznych dóbr w Anglii i Irlandii, co umocniło potęgę rodu. Był on nawet krótko premierem Wielkiej Brytanii w l.1756-57. Ponieważ książęta przebywali albo w Londynie, albo w Irlandii rezydencja nieco podupadła, choć 4. Diuk nakazał przebudowę jednego ze skrzydeł. Warto wspomnieć, znowu na marginesie, że jego kuzynem był słynny naukowiec, chemik i fizyk Henry Cavendish (1731-1810).

Najsłynniejsze czasy nastały dla zamku Chatsworth dopiero za kolejnych dwóch pokoleń. William Cavendish (1748-1811) i 5. Diuk Devonshire poślubił słynną z piękności, zamożności, dobroci serca i niewierności Lady Georgianą Spencer (1757-1806), z tej samej rodziny która wydała księżną Dianę. Książęta Devonshire uwielbiali organizować przyjęcia w Londynie, gdzie prowadzili dom otwarty i niezwykle wystawny. W Chatsworth bywali rzadko, ale pozwolili okolicznej ludności „niezależnie od stanu” na odwiedzanie pałacu. Gdy księstwo byli w domu, gościom podawano darmowy posiłek. Małżonkowie Cavendish mogli sobie na to pozwolić posiadając w Anglii i Irlandii ponad 300 000 arów – czyli około 809 kilometrów kwadratowych. Choć obydwoje księstwo angażowali się po stronie Whigów, to książę Devonshire nie sprawował żadnych funkcji publicznych.

Ogromne majątki rodzinne odziedziczył jedyny syn Diuka i Georgiany William Spencer (1790-1858) 6. Diuk Devonshire, zwany „księciem – kawalerem”. Według wszelkiego prawdopodobieństwa jest on pierwowzorem Mr. Darcy z „Dumy i Uprzedzenia” Jane Austin. Chciał ożenić się z bratanicą królewską, która jednak dała mu kosza – od tej pory żył w stanie kawalerskim. Swój ogromny majątek przeznaczył na zbieranie dzieł sztuki i dokończenie przebudowy Chatsworth House, która istotnie za jego życia uległa zakończeniu. Pałac otoczono wyjątkowym jak na tamte czasy ogrodem, zaprojektowanym przez Josepha Paxtona. Okazy drzew i krzewów sprowadzano z całej Europy i obu Ameryk. Zaprojektowano kaskadę, cesarską fontannę, oraz gigantyczną oranżerię wykorzystując najnowsze zdobycze techniki oraz pokłady węgla w posiadłościach księcia, by ową szklarnię móc ogrzewać.  Jak wspomniałem książę Devonshire zbierał namiętnie dzieła sztuki, nabywając przede wszystkim rzeźby. W kolekcji pałacowej znajdują się do dziś dzieła Canovy: „Śpiący Endymion” (rzeźba młodego mężczyzny o wyjątkowo pięknej budowiw), „Matka Napoleona” (starsza kobieta pełna godności i dumy z bycia matką pół-boga) oraz siedząca Paulina Borghese (siostra Naopoelona, jak gdyby drwiąca z oglądających lekko rozchylonymi nogami i stylizująca się na Messalinę).  Jednak najsłynniejszą rzeźbą jest „Westalka w woalce” Montiego. Rzeźba jest tak prawdziwa, że jak określił Phil, im bliżej się jej jest, tym bardziej wydaje się, że woalka jest z materiału, a nie wyrzeźbiona. Równie piękne rzeźby widziałem tylko w Villa Borghese w Rzymie.

 

Ekstrawaganckie życie i pasje kolekcjonerskie 6. księcia poważnie nadwerężyły jego majątek i jego następca musiał sprzedać kilka majątków by spłacić długi, poważnie ograniczając wydatki. Z funkcji publicznych był kanclerzem Uniwersytetu w Cambridge (1861-1891), gdzie ufundował obserwatorium astronomiczne. Zaangażowanie polityczne kontynuował jego syn Spencer Compton (1833-1908) 8. Diuk Devonshire i pierwszy nie noszący imienia „.William”. Jak tradycja rodzinna nakazywała, był zagorzałym zwolennikiem trzech spraw: partii Whiggów, anglikanizmu i dynastii. Jako wielki obszarnik był zdecydowanie przeciwny oddzieleniu Kościoła Anglikańskiego od państwa w Irlandii (1871) a także przyznania praw i autonomii irlandzkim katolikom. Gdy w 1886 roku premier Gladstone zaproponował Irlandii tzw. Home Rule, książę Devonshire dokonał rozłamu w partii tworząc tzw. Liberalnych Unionistów, co doprowadziło od upadku propozycji i rządu Gladstona i projektu ustawy. Choć królowa Wiktoria przy czterech różnych okazjach proponowała mu zostanie premierem, za każdym razem odmawiał. Jego żoną była Luiza 1 voto księżna Manchester, nazywana „podwójną księżną” – znana z wystawnych przyjęć urządzanych w Londynie.

XX wiek nie był zbyt szczęśliwy dla Chatsworth House. Choć 9. Diuk był Generalnym Gubenatorem Kanady, to po jego śmierci w 1938 roku rodzina po raz pierwszy została zmuszona do zapłacenia ogromnego podatku spadkowego. Musiano zredukować liczbę służby, zburzono słynną szklarnię, której utrzymanie pochłaniało kolosalne sumy. Podczas II Wojny Światowej pałac oddano szkole z internatem dla dziewcząt, a księstwo zamieszkali na stałe w Londynie, uważając, że czas wielkich wiejskich rezydencji się skończył. Gdy umarł 10. Diuk, podatek spadkowy wyceniono na 8 milionów funtów. Pod młotek poszły dziesiątki tysięcy hektarów, dzieła sztuki (van Dyki, Rembranty), a także Hardwick Hall, wybudowany jeszcze przez Bess. Spory z izbą podatkową trwały 17 lat! Obecnie pałac, jak od czasów 5. Diuka, jest otwarty dla zwiedzających przez miesiące wiosenne, letnie i jesienią. W pałacu mieszka dalej obecny – 12. Diuk Devonshire z rodziną, choć sam zamek został przekazany specjalnej fundacji rodzinnej, by uniknąć płacenia kolejnych horrendalnych podatków spadkowych.

 

Oprócz zwiedzenia zamku, naprawdę polecam dłuuugi spacer po ogrodzie. Widoki są naprawdę poruszające. Cała dolina jest tak ukształtowana, by pokazać zamek od innej strony i by móc się nim napawać. Widok od strony podjazdu jest zupełnie bajkowy, ale też polecam spojrzeć na zamek od strony ogrodu francuskiego. Barokową fasadę zdobi łacińskie motto rodu Cavendish: „Cavendo Tutus” czyli:  „Bezpieczeństwo poprzez ostrożność”.

To bardzo dobra rada...

www.chatsworth.org

 
1 , 2