Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
niedziela, 15 sierpnia 2010
Kluki lub Klücken czyli smutne losy pięknej wsi (cz. 1)

Pojechałem z przyjaciółmi do miejscowości Klucki nad jeziorem Łebsko, uroczej miejscowości, którą większość Polaków zna ze słyszenia jako fajny skansen oraz miejsca gdzie się kopie torf i przy okazji imprezuje. Jednak ta schludna i urokliwa miejscowość położona na uboczu Pomorza Słupskiego kryje dość dramatyczną i ponurą historię, którą większość ludzi ignoruje, albo jej nie zauważa.

Jak zawsze clue tkwi w historii. Pomorze Zachodnie było księstwem rządzonym przez dynastię Gryfitów. Gryfici byli lennikami cesarza niemieckiego, a ich państwo rozciągało się jak kiszka od dzisiejszej Lubeki po Łębę. Choć kiedyś cały ten obszar zamieszkiwali Słowianie, na skutek imigracji, osadnictwa i mieszanych małżeństw, około XVI wieku sytuacja przedstawiała się tak, że na Zachód od Koszalina mówinio już wyłącznie po niemiecku (choć co ciekawe w Plattdeutch), zaś na wschód od Koszalnia przeważał kaszubski zwany tu „Wendyjskim”, ale który był stopniowo wypierany przez niemiecki. Ostatnim przedstawicielem rodu Gryfitów, który władał polskim był Bogusław X (zm. 1523) ożeniony z Anną Jagiellonką. Choć utrzymywano kontakty z Krakowem, Księstwo Zachodniopomorskie było księstwem niemieckim, gdzie część mieszkańców mówiła po słowiańsku (tak samo było w Meklemburgii). Nie ma co dorabiać tu mitu o „Ziemiach Odzyskanych”

W 1535 r. Pomorze Zachodnie przyjęło luteranizm. Protestantyzm miał to do siebie, że naciskał by ludność mogła czytać Pismo Święte w swoim języku. Ze względu na skomplikowane sytuacje spadkowe, choć luterański porządek kościelny uchwalono w 1535 roku na sejmie w Trzebiatowie, to jakoś nie wspomniano o języku kaszubskim i o potrzebie przełożenia pisma i śpiewników na ten język. Profesor Szultka uważa to za typowy nacjonalizm niemiecki, ale ja jestem skłonny przypisać to prostemu czynnikowi: księstwo słupskie, gdzie Kaszubi przeważali to była dziura zabita dechami. Małe, biedne i na uboczu księstewko było tak mało znaczące, że nie mieszkał tu nikt z rodu Gryfitów – tylko wdowa po księciu Janie Fryderyku, Erdmunta z Hohenzollernów została tu zesłana na oprawę wdowią razem z kuzynka, której „przydażyło się” dziecko nieślubne. Wprowadzenie luterańskich porządków zajęło blisko 60 lat. Wtedy tez po raz pierwszy (1595) wspomniano o „słowiańskich kaznodziejach”. O tym, że luteranizm nie musiał oznaczać wrogości z polskością, stanowi przykład Albrechta Hohenzollerna księcia Prus, który uczynił Królewiec wielkim centrum drukowania polskich książek i kancjonałów.

Fast forward do 1622 roku. Wtedy to schorowany i załamany wygasaniem swojej dynastii Bogusław XIV nadał swojej siostrze Annie księżnej Croy (zm.1660) ziemię Smołdzina i Słupska w dożywotnie władnie. Pomorze Zachodnie było zrujnowane Wojną Trzydzistoletnią i księżna Anna starała się w miarę możliwości dbać o tę część ludności, która nie wyginęła na skutek głodu, chorób, czy wojny. Lasy, bagna i puszcze księstwa słupskiego temu sprzyjały i księżna w Smołdzinie ufundowała kościół oraz wyposażyła go w ołtarz, kazalnice i księgi liturgiczne po polsku i niemiecku. Zastrzegła jednocześnie, że każdorazowy kaznodzieja w Smołdzinie musiał znać język polski. Staraniem jej osobistego kapelana Michała Mostnika vel Pontanusa (1583-1654) w 1642 roku ukazał się: „"Mały Catechism D. Marcina Luthera, niemiecko-wandalski abo słowięski...” zdaniem badaczy upstrzony kaszubszczyznami. Wydrukowano również potrzebne kancjonały, głownie na bazie kancjonałów z Mazur. W ten oto sposób do połowy XVII wieku Kaszubi między Koszalinem a Słupskiem stali się już porządnymi luteranami, z własnymi śpiewnikami i Biblią.


Fast forward do XVIII wieku. Księstwo pomorskie przejmują Hohenzollernowie. Gorliwi kalwiniści, zapatrzenie w Holandię, chcą ze swojego biednego, peryferyjnego i zacofanego państwa uczynić potęgę w cesarstwie. Wymaga to jednak unifikacji prawnej i językowej – oprócz niemieckiego w ich państwach mówi się po łużycku, polsku, kaszubsku, frzyzyjsku, francusku. Hohenzollernowie przystępują więc do unifikacji państwa. Wprowadzają powszechny obowiązek szkolny w 1735 roku – początkowo nawet nauczano w lokalnych językach. Ale jakby tego było mało, kalwińscy pastorzy zaczynają gustować w luterańskich pietystach. Tych zaś nie interesują niuanse teologiczne, ale wychowanie do życia skromnego, pobożnego i posłusznego. Władcy, a potem władze kościelne zaczynają więc faworyzować absolwentów teologii z Halle. Z dość niejasnych przyczyn, ci ostatni w Słupskiem dochodzą do wniosku, że język kaszubski jest problemem w „zpietyzowaniu” księstwa słupskiego. Zaczynają więc naciskać by duchowni używali go coraz mniej. Sprzymierzeńca znajdują znów wśród Hohenzollernów, szczególnie w deiście Fryderyku II Wielkim. Tego ostatniego nie interesowały niuanse teologiczne, ale chciał by kościół i szkoła wychowywały mu karnych i posłusznych rekrutów. I choć z językiem polskim czy łużyckim nie walczono, to w księstwie słupskim państwo podało rękę kościołowi, i oba zaczęły wychowywać… karnych rekrutów. Świadczy o tym dość szokujący list luterańskiego superintendenta słupskiego Krystiana W. Hakena, który w 1780 roku pisał:

Istnieje reskrypt polecający, aby kaznodzieje, w miarę możliwości, starali się usunąć język kaszubski i narzucali tylko niemieckich nauczycieli, a dzieciom nie umiejącym czytać po niemiecku nie udzielali konfirmacji. To jednak wymaga mądrości i przezorności, trzymania się na baczności, aby mieszkańcy nie spostrzegli, że ma się zamiar wyrugować ich język, gdyż Kaszubi zbuntowaliby się przeciw temu i jak najskuteczniej oparliby się takiemu planowi. Należy także myśleć, żeby Kaszuba, który w życiu powszednim od biedy za pomocą niemieckiego może się porozumiewać, był zdolny zrozumieć naukę religii w języku niemieckim (...). Obie przyczyny razem były przeszkodą i powodowały, że mowa kaszubska w moim synodzie całkiem jeszcze nie ustała. Przez 10 lat mego tutaj pobytu doprowadziłem przy pomocy pastorów do tego, że w kilku miejscowościach w razie wakansu, jeśli tylko patroni nie są uparci, kaznodzieja mający być powołanym będzie mógł obyć się bez znajomości tego języka, gdyż w przeciągu 5-6 lat wymrą starsi ludzie, którzy jeszcze żyją, a po niemiecku nic nie umieją. W niektórych parafiach potrzeba na to około 50 lat.”

CDN.

piątek, 06 sierpnia 2010
Niedorzecznik Praw Obywatelskich
W Gazecie i Polityce wywiad z nową Rzeczniczką Praw Obywatelskich. Szukam innego słowa niż "dno" ale jedyne które mi przychodzi w zamian to "skrajna niekompetencja".

Tu nie chodzi o to, że nowy RPO uważa, że w Polsce nie ma dyskryminacji prawnej osób niehetero (co akurat przeczy ostatniemu orzeczeniu Trybunału w Sztrasburgu w sprawie Kopf & Schlag), i opowiada androny, że poinformowanie lekarza, że ma się partnera załatwi sprawę. Ale jeśli nowy RPO sugeruje by programy nauczania etyki "uzgadniać" z Kościołem Katolickim (notabene państwo nie ma żadnego wpływu na programy nauki religii) i chce by księża albo katecheci mogli uczyć religii - to mam pytanie: czyim rzecznikiem jest p. Lipowicz? Bo na pewno nie praw obywatelskich!

A można było wybrać RPO profesora Sadurskiego!

http://wyborcza.pl/1,75515,8207893,Nie_moge_robic_tego__czego_nie_czuje.html

link do niedorzeczności prof. Lipowicz

wtorek, 03 sierpnia 2010
Pogański totem - a nie krzyż

To nie krzyż. To nie jest żaden symbol Męki Pańskiej albo symbol bezinteresownej miłości dla każdego człowieka. Jak stwierdziła moja Ciocia, to jest zwykły pogański totem. Totem anarchii, cynizmu, ciemnoty i wszystkiego tego co najgorze w Polsce i tego co najbardziej ciemne i plugawe w polskiej religii. Mówienie o tych dwóch deskach teraz, jako o symbolu religijnym jest totalnym nieporozumieniem i wręcz obraża moje uczucia religijne. Przy okazji znów okazuje się, że Kalwin miał rację ucząc, jak łatwo i szybko nawet z najszalchetniejszej sprawy czy symbolu religijnego czynimy sobie bałwana.

Rząd okazał się totalnie tchórzyliwy. Ustąpienie garstce fanatyków i manipulatorów i osobom ewidentnie łamiących prawo, to gorzej niż zbrodnia. To błąd. Teraz ich już nic nie zadowoli. Ten cyrk będzie się rozkręcał. Aż brat Jarek się zmiłuje i porzuci krzyż tak szybko jak porzucił p. Kluzik Rostkowską.

Nie tylko jednak rząd jest tchórzyliwy. Tchórzami okazali się rzymskokatoliccy biskupi warszawscy: Nycz, Hoser. Gdy chodzi o wygodną i łatwą i przed kamerami "obronę krzyża" przed "pogańskim" Trybunałem w Strasburgu, to biskupów nie sposób powstrzymać przed pędem na szkło. Ale gdy chodzi o prawdziwą obronę krzyża przed faktycznym znieważaniem przez fanatyków - wtedy jakoś dziwnie tchórzliwie wysyłają kleryków, a sami niczym Piłat umywają ręce. Trudno nadążyć za ich rozumowaniem - kiedy krzyż jest symbolem wiary, a kiedy nie.

Nie mamy rządu, ani biskupów - tylko koniunkturalistów i tchórzy. Nie mamy krzyża tylko totem. Witamy w Polsce w XXI wieku.


poniedziałek, 12 lipca 2010
Prezes Kaczyński ma rację

Nigdy nie przypuszczałem, że to napiszę, ale brat Jarek ma rację. Komentując teorie spiskowe, że katastrofa w Smoleńsku była jakimś spiskiem Wiadomo-Kogo, Wiadomo-kogo i wiadomo-kogo, stwierdził, że ludzie mają prawo do stawiania pytań w demokratycznym państwie i w wolnej dyskusji.

W 100% zgadzam się z prezesem Kaczyńskim. Skoro zatem on stawia pytania i czeka na odpowiedzi, to i my możemy i jemu zadać parę pytań:

1. Dlaczego Lech II Kaczka był spóźniony na samolot do Smoleńska, skoro była to rzecz tak dla niego ważna?
2. O czym brat Jarek rozmawiał ze swoim bratem na ktrótko przed katastrofą? Dla ułatwienia dodam, że nie interesuje mnie synteza rozmowy, ale jej transkrypcja - przecież zapis mają odpowiednie służby wywiadowcze USA, Rosji i Izraela. Wystarczy poprosić.

Aha, i proszę przestać mówić o "poległych" albo "męczennikach" - a przynajmniej w kontekście zamrłego prezydenta. To była katastrofa, której kulisy (w tym udział Lecha Kaczynskiego) pozostaje nie znany. Ale to nie była żadna itwa, ofiara, czy męczeństwo.

I uprzątnijmy tę samowolę budowlaną jaką jest krzyż na Krakowskim przedmieściu.


Czekam na odpowiedzi i zdecydowane działania.

środa, 30 czerwca 2010
Hit debaty

Hitem dzisiejszej debaty nie jest nawet ilość błędów językowych brata Jarka - mniej więcej po 2 na zdanie. Hitem była wypowiedź brata Jarka:

Lech Kaczyński był niezależnym politykiem.

Jeszcze się z tego śmieje.

poniedziałek, 07 czerwca 2010
Profesora Zolla problemy z rozumieniem prawa

Prof. Andrzej Zoll, choć bez wątpienia znany i poważany prawnik, nigdy nie był moim idolem. Niewiele osób, tak jak profesor, przyczyniło się do rozmycia wątłego rozdziału Kościoła Ustanowionego od państwa, i niewiele osób w sposób tak bezwzględny i konsekwenty narzuciło innym swoje poglądy religijne innym obywatelom poprzez tak wątłe i słabe rozumowanie prawne (orzeczenie o niezgodności z Konstytucją ustawy antyaborcyjnej).

Ale w przeczytanym przezmnie wywiadzie w "Rzepie", włosy mi się na głowie zjeżyły. Oto profesor prawa, sędzia TK i były RPO sugeruje, że pewne grupy nie powinny mieć prawa organizowania parad na Krakowskim Przedmieściu, ale że i nie powinny w ogóle zgłaszać pewnych postulatów. Wywiad, jak to w Polsce okrasza zdjęcie Drag Queens. Swoją drogą ciekawe, że zdjęć doniesień o kolejnych molestowaniach przez księży nie zdobi nigdy podobizna biskupa Paetza.

OK. Można nie być fanem parad gejów, ani drag queens, czy też nie zgadzać się na niektóre ich postulaty. Do takich poglądów profesor Zoll ma 100% prawo i prawa do ich głoszenia będę bronił, choć moim osobistym zdaniem czyni to z niego kabotyna i osobę o mentalności rodem ze średniowiecza.

Ale, kto, jak kto, ale były RPO i sędzia TK powinien nie tylko znać ale i rozumieć prawo do wolności zgromadzeń - które mówi, że dopóki się nie propaguje przemocy, nazizmu albo komunizmu, w Polsce po Krakowskim Przedmieściu mogą przejść wszyscy: geje, księża, kobiety w burkach, biskupi w tiarach, parada techno, procesja z relikwiami, wielbiciele pronosów czy też Rodzina Radia Maryja. Nie wszystkie grupy muszą trafiać do subtelnego i wyrafinowanego wyczucia smaku prof. Zolla czy mojego, ale demokracja właśnie na tym polega, że to nie o nasze gusta chodzi. I gust mój czy prof. Zolla nie jest i nie może być wyznacznikiem tego, kto może a kto nie przejść Krakowskim Przedmieściem. Kłania się sprawa przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka, gdzie tego typu rozumowanie Lecha II Kaczki zostało JEDNOGŁOŚNIE odrzucone.

Po przeczytaniu tego wywiadu jedyne co można powiedzieć, to to, że dobrze, że prof. Zoll nie jest już ani sędzią TK ani RPO.

http://www.rp.pl/artykul/2,490329_Geje_nie_powinni_nawet_sie_starac_o_prawo_do_adopcji_.html

poniedziałek, 24 maja 2010
Jestem absolwentem Yale

Dzisiaj zostanę (bo piszę to przed inaugaracyjnym nabożeństwem) absolwentem Yale Divinity School! Poniżej zdjęcie z wczorajszej części uroczystości! Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników tego bloga!



niedziela, 23 maja 2010
Drwienie z religii i proroka

W USA trwa cyrk wokół kolejnej parodii Mahometa. Serial "South Park" który sobie z niego zażartował, nazajutrz kreskówkę wycofał a właściciele stacji zakazali się na ten temat wypowiadać. Nie pomogły protesty komików i artystów: już sama groźba konfrontacji z wyznawcami tzw. religii pokoju sprawiła, że wszyscy potulnie skulili uszy. To nie pierwszy przypadek: Yale University Press opublikowało książkę o obrazach Mahometa w sztuce - ale nie pozwoliło opublikować tych samych obrazów o których autorka pisze (!) - utajniono nawet opinię i tych tytanów itelektu, którzy ją stworzyli. W MET Muzuem w Nowym Jorku wycofano islamskie wizerunki Mahometa (!) z wystawy o sztuce islamskiej. Trwa nieustanny cyrk ustępowania przed czymś, co prawdę pisząc jest ordynarnym sztanażem ekstremistów, i czymś co grozi w wolność słowa, a z czasem i wolność religii.

Powiedzmy sobie szczerze: każda religia powinna przyzwyczaić się nie tylko do krytyki, ale i do napastliwej satyry, a nawet do obrazy uczuć religijnych. Pogodził się z tym judaizm, pogodziła się z tym większa część chrześcijan, i muszą pogodzić się z tym i muzułmanie. Religia która groźbami zabójstw, albo zabójstwami czy zamieszkami wymusza szacunek dla swoich poglądów, jest godna nie szcunku, ale co najwyżej politowania. Bóg jest Bogiem i jeśli obraża go jakiś głupi (czy nawet bluźnierczy) rysunek, wypowiedź, czy film to nie jest Bogiem, ale bożkiem, którego stworzyliśmy my sami.

Nie interesują mnie dogmaty muzułmańskie, ani ich niechęć do przedstawiania ich proroka, jako rzekomy powód do ich szczególnej "wrażliwości" i szczególnego traktowania. Muzułmanie muszą się przyzwyczaić, że ich religia będzie tak samo ostro krytykowania i atakowana jak judaizm i chrześcijaństwo. Jeśli tego nie jest w stanie znieść, to cóż, być może należy się zastanowić nad paroma jej tezami - ale to naprawdę nie mój problem. Problemem jest natomiast to, że swoje fobie próbuje się wymusić na mnie. Ma to skutek wręcz odwrotny: im większe zamieszki w obronie Mahometa, tym mniej mam dla niego szacunku.

Oczywiście, zupełnie innym jest kwestia tego jak się krytykuje czy polemizuje z tą czy inną religią. Niektóre rysunki były głupie i prostackie, i osoba kulturalna by ich nie narysowała. Ale ciągłe ustępowanie przed sztantażem muzułmanów jest groźnie nie tylko dla wolności słowa, ale z czasem i dla wolności religijnej. Ustąpienie radykalnym islamistom w tym przypadku otwiera drogę do dalszych ich gróźb, żądań i pretensji.

Szanuję każdą religię (choć mam własną) i każdego człowieka. Ale tak samo szanuję wolność słowa. Każdy ma prawo do krytykowania dowolnej religii: islam ani Mahomet nie są i nie mogą być wyjątkami. Ani teraz, ani w przyszłości ani kiedykolwiek. Bóg jest Bogiem i jeśli ma go obrażać jakiś odcinek kreskówki oglądanej przez 3 miliony widzów to cóż...

poniedziałek, 17 maja 2010
Kielce i luteranin Buzek

W Kielcach podczas Marszu Tolerancji rzekomi "obrońcy cywilizacji chrześcijańskiej" skandowali: "Wy...ć" albo "Dobry Gej to martwy gej." W demonstracji po stronie wygolonych główek brał udział radny PiSuaru, któremu z żadne z haseł nie przeszkadzały.

W tym samym czasie przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek powiedział, że "homofobia jest rażącym naruszeniem godności ludzkiej i praw podstawowych, a więc musi być zdecydowanie potępiona. Przypomniał, że niektórzy ludzie są nie tylko pozbawieni podstawowych praw, ale także torturowani i karani z powodu orientacji seksualnej. W niektórych krajach za homoseksualizm grozi nawet kara śmierci, co stanowi oczywiste naruszenie, a nawet regresję praw człowieka." (cytat za "Rzepą")

Ciekawi mnie, kiedy na podobny akt zwykłej ludzkiej przyzwoitości zdobędzie się jakiś polityk w naszym kraju? Na razie bowiem na tego typu "odwagę" zdobywają się dopiero po przekroczeniu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej.

Piszę o tym dlatego, że marzę o tym, by w naszym kraju polityk, który gra na instynktach ksenofobicznych, rasistowskich, antysemickich czy homofobicznych był traktowany jako kuriozum - a nie jako poważny kandydat na prezydenta kraju. Marzy mi się kraj, gdzie każdego - bez wyjątku - traktuje się z godnością i szacunkiem.

sobota, 15 maja 2010
Polskie Patriotyzmy

W najnowszej "Polityce" z 15 V (dostarczonej mi przez Rodziców, którzy przyjechali do mnie na Yale na wręczenie dyplomu) baaardzo ciekawy wywiad z prof. Łagowskim. Najciekawsze jego spostrzeżenia to:

1. W Polsce patriotyzm polega na nieustannym mówieniu o nim, i pielęgnowaniu dyskursu o patriotyźmie. Nie ma to jednak żadnego znaczenia jeśli chodzi o wartości takie jak dobro publiczne, solidarność społeczna, innowacja i unowocześnianie kraju. Ja bym od siebie dodał, że obecny model patriotyzmu to wręcz nieustanne cofanie nas wstecz, i wczytywanie historii w przyszłość - by nie być gołosłownym: te antyniemieckie i antyrosyjskie obsesje obozu Wielkiego PiSuaru.

2. Nasz dyskurs publiczny w III RP przypomina do złudzenia dyskurs publiczny rodem z PRL. Zanim jednak nasi prawicowi czytelnicy się ucieszą, to prof. Łagowski dodaje, że tak jak PRL nieustannie odnosił się do mityczengo wroga (kapitalizm, Zachód), tak przynajmniej od 2000 roku my tkwimy jak na rondzie wokół lustracji, UBeków, IPNu etc. I - znów dodaję od siebie - chociaż ludzi którzy pamiętają parwdziwych Sbeków, jest coraz mniej, to rośnie liczba kombatantów, zacietrzewienia.

Jak mawiał prof. Kępiński: "jesteśmy narodem histeryków." Spójrzmy tylko na nasze reakcje na Lecha Kaczyńskiego. Gdy wyjeżdżał do Smoleńska miał notowania nagorsze wśród polskich prezydentów. Był osobą mściwą ("Stokrotka, stokrotka), momentami wręcz niewychowaną ("Małpa w czerwonym", "Spieprzajdziadu") a jego wizja prezydentury to było rzucanie kłód pod nogi PO i działanie na rzecz resturacji brata na funkcji premiera. Gdy wrócił w trumnie ze Smoleńska, stał się nagle mężem optrznościowym, bohaterem, męczennikiem, ojcem narodu, wizjonerem, czułym, ciepłym politykiem. Ja nie piszę, że tylko jedna z tych opcji była prawdziwa, ale znamienne jest jak szybko przeszliśmy z jednej skrajności w skrajność. I teraz część będzie głosować na brata Jarka, "Bo on taki smutny i w żałobie." W normalnym kraju zaproponowano by mu terapię i urlop zdrowotny - u nas niektórzy chcą go namaścić prezydentem.

I na koniec. Przyjaciółka Rodziców, dość konserwatywna Profesorka na PŁ skomentowała tłumy płaczące po Lechu: "Po śmierci Bieruta też były tłumy i też płakali".

 


1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46