Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
środa, 10 listopada 2010
Maszeruja sobie polscy neo-faszysci
W dzisiejszej "Rzepie" dwugłos o tym, czy pozwolić na marsz różnych ugrupowań. Ot, takie niewinne grupki fajnych chłopaków, którzy lubią maszerować w porządku, nie lubią gejów, Żydów i socjalistów no i podnoszą rękę w "starorzymskim" pozdrowieniu. Brzmi znajomo? Skojarzenia są zupełnie przypadkowe. Broni ich poseł Artur Zawisza, mówiąc, że przeciwnicy to lewacy, a ci chłopcy przecież barzdo kochają Łojczyznę. Znów - brzmi dziwnie znajomo. Ale skojarzenia są zupełnie przypadkowe.

Dlaczego poglądy "tych miłych chłopców" są mi obrzydliwe - doskonale wiecie. Wystarczy poczytać ten blog.

Ale spojrzę na to z punktu widzenia prawa:


W Polsce prawo do zgromadzeń nie jest koncesjonowane. Jeśli zatem gurpa nie jest nielegalna (a jedna z nich ociera się o nielegalność, ale JESZCZE nie jest zdelegalizowana) to ma prawo organizować marsze, parady etc. Przed kościołem, przed kaplicą, przed sejmem.

Zatem moim zdaniem te grupki neofaszystów prawo do demonstracji mają. I powinny je mieć. Niezależnie od mojej oceny takiej demonstracji.

ALE.

Głoszenie i propagowanie faszyzmu jest w Polsce nielegalne. Zatem jeśli chłopcy zaczną hailować to prokurator powinien to ścigać, a nie wynajdywać idiotyczne wymówki, ze chłopcy zamawiają piwa. Jeśli chłopcy zaczną krzyczeć o "Wielkiej Polsce katolickiej" i sprzątaniu od "żydostwa" to i temu prokurator powinien się przyjrzeć.
I wyciągnąć konsekwencje.

Wierzę w wolność słowa. Ale także w odpowiedzialność za nią. Faszyzm, neofaszyzm jest podły, obrzydliwy i nie ma nic wspólnego z religią która uznaje za Boga ukrzyżowanego Żyda. Zatem chłopcy - jeśli chceci maszerować w kolumnach, maszerować i gloryfikować ideologię, którą wcielił w życie Hitler  - prosze bardzo. Ale demokratyczne państwo winno reagować, tam gdzie prawo jest łamane.

poniedziałek, 08 listopada 2010
Anegdotki z Yale

Sporo się dzieje w polityce, religii - ale postanowiłem dla odmiany "ubogacić" was wpisem light. Po pierwsze dlatego, że czasami czas trochę odpocząć od polityki i polemiki - wziąć głęboki oddech i cieszyć się życiem.

Po drugie - zdałem egzamin ordynacyjny i jednogłośnie polecono mnie do drugiego, publicznego już egzaminu teologicznego. W międzyczasie mogę szukać parafii - co też zacząłem dzisiaj z rana.

A zatem, kilka anegdotek z Yale Divinity School:

1. Koleżanka wygłasza kazanie na podstawie 1 Listu do Koryntian w kaplicy seminarium: "Wiem, że wielu z was czeka z napięciem na to, co powiem o cudzołóstwie. Doszłam do wniosku, że jednak nie mam co pouczać ekspertów."

2. Profesor przysłuchujący się naszej egzegezie fragmentu ST:
"Boże, wy myslicie tylko o świnstwach!"
Koleżanka: "Ja nie! Ja modlę się bez ustanku!"

3. Kolega: "Miałem w minioną niedzielę kazanie na podstawie ST. Udało mi się wspomnieć o Jezusie Chrystusie dopiero w ostatnim momencie."
Koleżanka 1: "Profesorka od homiletyki dostała by szału."
Koleżanka 2: "Profesor od Starego Testamentu też. Z zupełnie innego powodu."

4. Podczas zajęć z homiletyki:
Student: "W mojej tradycji kościelnej anioły pojawiają się tylko po to, żeby coś poważnie spieprzyć"
(chwila nispokojnej ciszy)
Profesorka od homiletyki (ze słodkim południowym akcentem): "Powiedz mi coś więcej o aniołach, którzy pojawiają się po to żeby coś poważnie spieprzyć" 

5. Rozmowa dwóch studentów:
Student 1: "Wydaje mi się, że jednak nie jestem wystarczająco boski - to problem."
Student 2: "A mnie się wydaje, że jestem boski. I to jest większy problem."
piątek, 22 października 2010
Świetne i poruszające wystąpienie Hillary Clinton



piątek, 15 października 2010
Chrześcijańska anarchia i pojednanie
Przetłumaczyłem ten tekst autorstwa Wesleya Avarama dla "Jednoty" - moim zdaniem doskonale oddaje to, co jest mi bliskie w posłaniu chrześcijanina. Poniżej wklejam część tekstu i link do jego reszty:

Jesteśmy przekonani, że każdy – polityk czy publicysta, obywatel czy cudzoziemiec, mężczyzna czy kobieta, biały czy czarny, konserwatysta czy radykał – kto w obecnej chwili mówi, że nasz naród i nasze państwo znalazło się w głębokim, być może nie do uratowania kryzysie politycznym, mówi prawdę.
      
Niektóre słowa wracają do nas po latach, i straszą swoją aktualnością. Wtedy w latach 60. XX wieku dwaj liderzy kościelni z południa USA, Will Campbell i James Y. Holloway, byli razem redaktorami pisma południowych duchownych pt. Katallenete – pojednajcie się. Wybór tekstów z ich pisma ukazał się w 1970 roku pt. Aż po dzwonnice w polityce i z tego zbioru wziąłem poniższy cytat. Jego aktualność porusza i kwestionuje nasze samozadowolenie dzisiejszą polityką: 
     Krótko mówiąc, wierzymy, że pierwotnym problemem kryzysu w naszym kraju jest nasza obsesja polityką, wiara w to, że polityka jest jedynym układem odniesienia i autorytetu u którego winniśmy szukać wsparcia i wyzwolenia od plag trapiących nas indywidualnie i jako społeczeństwo. Ponieważ w naszym kraju nikt nie kwestionuje tej obsesji, uważamy, że nasz kryzys się będzie powiększał, być może bez nadziei na ratunek. 
     
W 1970 roku kwestionowano to, co nazywano „chrześcijańskim mesjanizmem” liberalnych chrześcijan. Czterdzieści lat później, wydaje się, że na tę samą przynętę złapała się chrześcijańska prawica i przez ostatnich 20 lat stała się siewcą tej apostazji – czyli wiary, że przez politykę i władzę możemy osiągnąć to, co Bóg osiągnął już przez dzieło Jezusa Chrystusa: pojednanie. Liberałowie też nie do końca porzucili swój własny mesjanizm – ot, zwyczajnie zostali w tyle za chrześcijańską prawicą. 
     Ale teraz, gdy chrześcijańska lewica odradza się w odpowiedzi na motywowaną przez prawicę inwazję na Irak, warto przypomnieć sobie, że Campbell i Holloway ostrzegają obie strony. Uważają za błąd to, że chrześcijanie bardziej ufają Cezarowi niż Chrystusowi. Ten błąd prowadzi do pomylenia środka (jakim jest polityka) z celem (którym jest sprawiedliwość). Nie pomogą nawet najpiękniejsze i wytworne argumenty teologiczne – Kościół zawsze wpadnie w sidła Cezara, jeśli sam pozwoli Cezarowi ustalać reguły gry. Przecież nasze powołanie jako chrześcijan nie sprowadza się do wątłych, żałosnych i generalnie nieefektywnych prób natchnienia działalności publicznej moralnością i wyższymi ideałami
 – pisali Campbell i Holloway. Auu! 
     A oni idą dalej: Czy wypełniamy nakaz naśladowania Chrystusa poprzez zanurzenie w polityce definiowanej przez Cezara? Czy świadczymy o zwycięstwie Chrystusa, gdy najlepsi synowie narodu jednoczą się do walki ze sprawą, którą Cezar uznaje za najbardziej godną naszego zainteresowania? Czy przypadkiem nie może być tak, że Cezar myli się, albo wręcz nas okłamuje? Władza nas okłamuje?
 Kiedy ten tekst został napisany – wczoraj? Dlaczego zatem myślimy, że bierzemy udział w czymś innym niż kłamstwo, gdy angażujemy się po uszy w politykę? 
     Błędem jest zatem nie tyle brak działania, co zbyt duże zawierzenie samemu działaniu. Gdy władza korumpuje, korumpuje tak samo dobrych jak i złych. Wykrzywia język, który cenimy, biorąc chrześcijańskie pojęcia takie jak pojednanie, sprawiedliwość, miłosierdzie, litość, prawość i używając ich na potrzeby swoich własnych celów, które nie są naszymi. Czyż można znaleźć lepszy przykład niż nasza ostatnia narodowa interwencja zagraniczna, ubrana w język chrześcijańskiego sumienia? [Chodzi o ostatnie amerykańskie interwencje w Iraku i Afganistanie – K. B.] By uwolnić się od takich wypaczeń musimy ciężko pracować nad zmianą tematów, które dominują nasz dyskurs publiczny, a także pracować nad przekonaniem opinii publicznej, że już sam wybór spraw nam prezentowanych nie jest przypadkowy. Dla chrześcijan sprawy bezpieczeństwa narodowego czy narodowych wartości muszą ustąpić miejsca sprawiedliwości i miłosierdzia dla najsłabszych i najuboższych. Kościół przecież nie zna granic.  

http://www.jednota.pl/content/view/829/73/

Przy okazji - w "Rzepie" puszczono mój tekst o ministrantce Radziszewskiej - oto link do niego:

http://www.rp.pl/artykul/548923-Obywatel-drugiej-kategorii.html
wtorek, 12 października 2010
Bronisław Wildstein w duchu Goebbelsa
W Ameryce National Coming Out Day - w tym roku w niezbyt radosnej atmosferze - tylko w ciągu ostatnich 19 dni czworo młodych mężczyzn popełniło samobójstwa z powodu bycia dręczonymi za to, że są gejami:
 - Tyler Clementi (18) skoczył z mostu, gdy współlokator nagrał jego randkę na webcamie i puścił na żywo przez internet
- William Lucas (15) powiesił się w rodzinnej szopie - nie mógł wytrzymać tego, jak wyśmiewano się z niego w szkole
- Asher Brown (13) strzelił sobie w głowę pistoletem ojczyma - w szkole bezlitośnie wyśmiewano się z jego (rzekomego) homoseksualizmu
- Seth Walsh (13) powiesił się w ogrodzie - nie wytrzymał wyśmiewania się z tego, że jest gejem. Matka znalazła go i patrzyła przez 7 dni, jak jej syn umiera na OJOmie.

Chyba z tej okazji w "Rzepie" tekst Bronisława Wildsteina:

http://www.rp.pl/artykul/547995-Wildstein--Przemoc-w-sluzbie-postepu-.html

Zaczyna się ulubionym przykładem polskich fundamentalistów chrześcijańskich: skoro Erich Rohm był homoseksualistą, egro homoseksualizm = nazizm. Jak mawiał Goebbels: "Kłamstwo powtarzane wiele razy, staje się prawdą." Dzięki temu, p. Wildstein może zignorować tysiące gejów wysłanych do obozów koncentracyjnych przez nazistów. Ten "drobny fakt" nie pasuje mu przecież do jego tezy. A tym jest zdanie:

“Obserwując działania „antydyskryminacyjnych” środowisk, można odnieść wrażenie, że rewolucyjny duch fűhrera SA unosi się nad nimi.” 

A zatem, stosując Pana standardy etyczne, logiczne i argumentacyjne napiszę tak: 

"Czytając wywody p. Wildsteina, można odnieść wrażenie, że idea fuhrera propagandy Goebbelsa unosi się nad nimi"
czwartek, 07 października 2010
Surowy Tusk i dopalacze
Premier Tusk się znów rozjuszył. Tak jak niegdyś pokazał twarde oblicze i uchwalono prawo o przymusowej kastracji chemicznej pedofilów (które chyba nawet nasz prawicowy Trybunał Konsytucyjny uzna za legislacyjny gniot, bo nie można ludzi przymusowo kastrować), tak teraz wziął się za dopalacze. I znów widzimy ostre oblicze rządu przy poklasku opinii publicznej.

Jest tylko jeden mały problem. Nie do końca jestem przekonany, że obecne działania rządu są legalne.

Żeby było jasne: jestem przeciwny narkotykom, zarówno twardym jak i miękkim. Nie jestem zwolennikiem legalizacji handlu nimi. Ale prawda jest taka, że obowiązująca od 2000 roku ustawa jest idiotycznie restrykcyjna - wiadomo, licytowano się wtedy na "represyjność prawa" w czym celował Lech II Kaczka, a nie na jego sensowność i racjonalność. Kto jak kto, ale tacy miłośnicy wolnego rynku jak PO winni wiedzieć, że lukę na rynku coś wypełni. I wypełniły dopalacze. I teraz ponosimy tego konsekwencje.

Prawdę pisząc nie wiem jakie jest dobre rozwiązanie. Przypuszczam, że częściowo problem rozwiązałoby legalizacja posiadania drobnej ilości trawy na swój własny użytek - ale naprawdę nie wiem, czy to pomysł trafiony.

Chciałbym jednak, żeby Donald Tusk, zamiast bawić się w taniego populistę i groźnego szeryfa, zwołał okrągły stół z udziałem ekspertów i wypracował na chłodno i bez emocji rozsądną politykę antynarkotykową. Czepianie się ludzi, którzy prowadzą legalną działalność gospodarczą, tylko dlatego że publika tak chce, jest nigodne premiera i państwa prawa.

Jak zawsz w Polsce: mniej świętoszkowatej emocji - a więcej myślenia! A może nawet: choć raz pomyślmy, zanim zaczniemy działać!

poniedziałek, 27 września 2010
Ministrantka Radziszewska
W Polsce było ostatnio głośno po kolejnej kompromitującej wypowiedzi minister Radziszewskiej. Znów się okazało, że dla PO i Donalda Tuska niekompetencja minister Radziszewskiej nie jest powodem do jej odwołania. RPO Irena Lipowicz, która miała "bronić już istniejącego prawa" nabrała wodę w usta" - widocznie czekała na wytyczne od swojego biskupa.

Wywiad dla "Gościa Niedzielnego" był skandaliczny. Nie dlatego, że WSZYSTKO co w nim minister Radziszewska powiedziała, było niezgodne ze stanem prawnym. Otóż szkoła religijna może z powodów światopoglądowych odmówić zatrudnienia kogoś ze względu na religię, płeć czy orientację seksualną ALE TYLKO W ŚCIŚLE OKREŚLONYCH PRZYPADKACH. Musi wtedy udowodnić, że taki krok jest niezbędny ze względu na swoje wartości. CZYLI: może odmówić zatrudnienia ateisty do nauki religii, czy ewangelikała do nauki historii, jeśli podczas wykładania lekcji, on prowadzi propagandę antykatolicką. ALE; jeśli ktoś jest ewangelikiem, czy lesbijką i naucza matematyki, i tych spraw nie porusza, to szkoła katolicka nie może takich osób zwolnić ani odmówić zatrudnienia.

Minister Radziszewska takiego rozróznienia nie zrobiła, tylko radośnie powiedziała swoiemu Księdzu_Rozmówcy, że ustawa o równym traktowaniu jest właśnie po to uchwalona, by szkoły katolickie mogły swobodnie zwalniać gejów i lesbijki - jak rozumiem, stanowią oni gros zatrudnionych w szkołach katolickich i stąd ten niepokój ksiedza redaktora.

A potem było już gorzej: wyoutowała rozmówcę publicznie (naruszenie prawa do prywatności) i prowadzenie dyskusji na poziomie "Pan tak mówi, bo jest Pan gejem." W niedzielę wywiad, w którym zarzeka się, że jest "normalna Polską"  czyli "heteroseksulaną katoliczką". O prawie ani ona, ani prof. Zoll nie dyskutują, bo po co? I tak mamy religię państwową.

Więc droga Pani Radziszewska: wszyscy jesteśmy normalnymi Polakami. Biali, czarni, hetero-homo, katolicy, ewangelicy, ateiści. I jeśli Pani tego nie rozumie, albo uważa, że niektóre grupy są mniej normalne niż pani - to chociażby dlatego powinna Pani wylecieć z hukiem.

Zamiast ministra proponuje ministrantkę. I za kościelne, a nie państwowe pieniądze.

sobota, 18 września 2010
Listy z Ameryki

Jak zapewne wiecie, od jakiegoś czasu współpracuję z Instytutem Obywatelskim. Jego prezes poprosił mnie o napisanie listu co dwa tygodnie na temat USA i bieżącej polityki, z perspektywy liberała na universytecie z Ivy League. Napisałem już dwa, i dano je pod dość szumnie brzmiącym tytułem "Listy z Ameryki." Poniżej linki do pierwszych dwóch listów.

I już niedługo powracam do pisania Liberalnego Kalwina:

List 1:
http://www.instytutobywatelski.pl/wydarzenia/109/listy_z_ameryki_bem_republikanie_na_rozdrozu


List 2:
http://www.instytutobywatelski.pl/wydarzenia/130/listy_z_ameryki_2_bem_wojna_w_iraku_siedem_lat_pozniej

wtorek, 31 sierpnia 2010
Wielka Henryka Krzywonos!
Jak na razie prezydent Bronisław Komorowski na żadne ważne stanowisko nie mianował kobiety - choć podczas kampanii mamił nas parytetami, teraz okazuje się, że żadnej kompetentnej kobiety nie zna.

Po wczorajszym wystąpieniu myślę, że może powinien poznać p. Henrykę Krzywonos, która pokazała że nie boi się nawet tak "chrześcijańskiego" tłumu jak działacze PiSuaru - przepraszam, Solidarności i potrafi wygarnąć tam, gdzie trzeba i komu trzeba!
Brawo, brawo Pani Henryko! Dzięki Pani zobaczyliśmy znów, choć na chwilę tę Solidarność przez duże S.

Przy okazji, nagroda im. Jerzego Samuela Bandtke'go za promowanie poprawnej polszczyzny powinna pójść do brata Jarka, za jego nienaganną polszczyznę. Już nawet nie chodzi o ten urokliwy akcent na każdą inną sylabę niż druga od końca, ale o ten uroczy zwrot, że wolność jest w Polsce "uomna". Rzeczoną nagrodę miał i Lech II Kaczka, więc bratu Jarkowi należy się "jak su zupa"

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kluki lub Klücken czyli smutne losy pięknej wsi (cz. 2)

Profesor Szultka główną winę obciąża pastorów, ale prawda jest nieco bardziej skomplikowana. W 1807 roku zniesiono poddaństwo w Prusach co oznaczało, że Kaszubi mogli i zaczęli emigrować za pracą – Pomorze Słupskie dalej bowiem pozostało biedną dziurą. Po drugie na terytorium rejencji słupskiej zakazano w 1811 jakiejkolwiek nauki po polsku (kaszubsku), co siłą rzeczy podkopywało żywotność Kaszubszczyzny na tych terytoriach. W ślad za tym skasowano konfirmacje po kaszubsku i wreszcie do połowy XIX wieku różnymi metodami likwidowano miejsca, gdzie nabożeństwa odbywały się po kaszubsku. I tak w połowie XVII wieku odbywały się one w ok. 50 parafii na Pomorzu Słupskim  - w 1811 liczba ta spadła już do zaledwie 20, wszystkie na wschód od Słupska. Uczona w niemieckiej szkole młodzież, zaczęła się wstydzić kaszubskiego i unikać jego stosowania. O zamieraniu kaszubskiego świadczy nowy zwyczaj – od lat 20 i 30 XIX wieku datuje się zwyczaj wkładania kancjonałów i katchizmum po polsku do trumien – zwyczajnie nie były już nikomu potrzebne. Są one obecnie prawdziwymi białymi krukami – NIGDZIE w żadnym muzeum nie widziałem nawet jednego egzemplarza owego katechizmu z 1642 roku!

Rola pastorów nie jest wcale jednoznaczna. Oto pastor Gottlieb Lebrecht Lorek (1760-1845), urodzony na Mazurach i mówiący świetnie po polsku, sam bardzo gorliwie usuwał kaszubski ze szkoły i z kazań kościelnych w swojej parafii w Cecenowie. Naciskał też by kobiety przestały ubierać się jak Kaszubki. Dbał tylko o to, by osoby zupełnie nie rozumiejące po niemiecku w swojej parafii, miały dostęp do kaszubskich czynności kościelnych w języku dla siebie zrozumiałym. Gdy odchodził na emeryturę w 1837 roku przyznał się, że to właśnie dzięki jego staraniom „zgromadzenie kaszubskie” zmalało i było „niczym” w porównaniu do tego, czym było gdy objął parafię w 1807 roku. Już na emeryturze zainteresował się Kaszubami, ich zwyczajami i językiem, i o nich pisał, chyba żałując swojej polityki rugowania ich języka. Ewangelickie nabożeństwa kaszubskie w Cecenowie zlikwidowano w 1876 roku. Z jego postawą kontrastuje postawa pastora Ernesta Lohmanna, pastora w Główczycach, gdzie uczęszczali mieszkańcy Kluk. Ten urodzony w Nadrenii Niemiec, trafił jakoś do Główczyc. Ponieważ w parafii liczba osób nie znających niemieckiego sięgała tysięcy, postanowił się go nauczyć. Korzystał z pomocy innych duchownych, sprowadzał księgi liturgiczne i modlitewniki ze Śląska. Na dzielność szkoły nic nie mógł poradzić, ale przynajmniej nie wymuszał na dzieciach i ludziach modlitw w języku im obcym. Gdy zmarł w 1886 roku Główczyce były ostatnim miejscem na Pomorzu Słupskim gdzie odprawiano nabożeństwa po polsku (kaszubsku) – jego następca ich już nie prowadził. Nie było dla kogo. Podobno gdy nowy pastor ogłosił, że nabożeństw kaszubskich już więcej nie będzie, jeszcze tej samej nowy w kościół uderzył piorun i kościół spłonął.

Na początku XX wieku odwiedzający te okolice doliczyli się kilkuset osób, które w młodości mówiły po kaszubsku, ale już go nie pamiętały. Tylko kilka starych osób posługiwało się gwarą zwaną „słowieńską” w Klukach. Ale nawet tu nie mówił nią nikt z młodzieży – to zasługa nie tyle pastorów w Główczycach i Smołdzinie, co nauczyciela wiejskiego, którzy przez 20 lat pracy wyrugowali nie tylko język kaszubski ale i stroje. Było jednak kwestią czasu, kiedy i tu wymrze. Przetrwała jednak pamięć o kaszubskich korzeniach wsi i okolicy.

Nadszedł rok 1945. Przed Armią Czerwoną uciekło 2/3 mieszkańców Kluk. Podobno stary Otto Czirk, który pamiętał gwarę, próbował się nią dogadać z krasnoarmiejcami. Do wsi w 1946 roku zaczęli przybywać przesiedleńcy ze wschodu, którzy w mieszkańcach Kluk widzieli tylko Niemców i w ramach „reparacji” wyrzucać ich z domów i zagród. Gdy jednak ci mieli się zdeklarować, ku zdumieniu polskich władz okazało się, że kilkaset osób (głównie w Klukach ale i Główczycach i Gardnie) deklaruje się jako „Słowińcy.” Wywołało to furorę, gdyż w ten oto sposób ta mała wioseczka na bagnach i piaskach okazywała się być dowodem na „prastarą słowiańskość” tych ziem. Do Kluk zjechali językoznawcy i etnografowie w poszukiwaniu Słowińców. Jednak stwierdzono jednoznacznie, że NIKT już nie mówi gwarą (Otto Czirk albo zmarł albo wyjechał) i wszyscy mieszkańcy mówią plattdeucthem. Kaszubskie słowa zachowały się tylko w terminologii rybackiej, i oczywiście w pamięci mieszkańców wsi.



I teraz się zaczęło ich drugie piekło. Władza Ludowa doszła do wniosku, że ich nigdzie nie wypuści, choć większość marzyła o wyjeździe do RFN. Należało ich poddać „polonizacji” tak jak wcześniej poddano ich „germanizacji.” Byli żywym dowodem na to jakąś bzdurna tezę i tak jak wcześniej za nich odgórnie wybrano przynależność etniczną, tak samo zrobiono i teraz – tylko że w drugą stronę. Ich samych nikt o zdanie nie pytał. Po stronie polskiej stanęła jedna jedyna Słowinka – Ruth Kösch. Niewiele o niej wiem – co nią kierowało: świadomość pochodzenia, oportunizm, czy może miłość do swojej własnej ojczyzny. Współpracowała w tworzeniu muzeum regionalnego i nawet była krótko sołtysem wsi – zapłaciła za to nienawiścią mieszkańców wsi, którzy zarzucali jej „zdradę” i wyładowywali na niej złość i nienawiść do PRL. Pastorom ewangelickim pozwolono dojeżdżać do Kluk, ale pod warunkiem, że nabożeństwa będą prowadzone … po polsku. Tak jak w XIX wieku, tak teraz znów budzili niechęć i zarzucano im polonizowanie. Życie codzienne niewiele się zmieniło – Kluki pozostały biedną, opuszczoną wsią na krańcu głuszy. Wsią na której zemstę brała historia.

Kres tej gehenny nadszedł w 1971 roku. Nieoczekiwanie władze PRL pozwoliły większości mieszkańców Kluk na wyjazd do RFN. Wyjechał nawet brat Ruth, Willy. Załamana Ruth zmarła zanim zobaczyła, jak wszystko nad czym pracowała przez 30 lat obraca się w proch. Do końca lat 70tych XX wieku wyjechali prawie wszyscy autochtoni, także wszystkie osoby z mieszanych rodzin. Paradoksalnie w „prasłowiańskiej” wsi pozostała tylko przedstawicielka rodziny Reimanów – jedynej niemieckiej rodziny która osiedliła się tutaj w połowie XIX wieku. W Główczycach i Gardnie odprawiane są do dziś nabożeństwa ewangelickie. Po niemiecku.

Opuszczone gospodarstwa Kluk zamieniono powoli na skansen. Domki ładnie odnowiono i zadbano o nie, i tak Kluki stały się uroczym skansenem. I spacerując pomiędzy jedną a druga uroczą chatką albo chatynka, nie pamięta się o tragicznych losach tej miejscowości. Bo gdzieś pomiędzy XVIII wieczną chatką Charlotty Klück (która mówiła tylko po kaszubsku) a domkiem jej krewniaka Albrechta Klück z lat 30. XX wieku (który mówił tylko w plattdeutch) kryje się lekcja tego, jak wielką cenę możemy zapłacić gdy szał nacjonalizmów zawładnie władzami świeckimi i religijnymi. I gdy słońce zachodzi nad pustymi domami i zagrodami skansenu Kluk, być może w ciszy dociera do nas, jak wiele wszyscy utraciliśmy. Kaszubi, Niemcy, Polacy, Słowińcy.

A torf w ramach zabawy kopią już tylko turyści.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46