Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
piątek, 22 października 2010
Świetne i poruszające wystąpienie Hillary Clinton



piątek, 15 października 2010
Chrześcijańska anarchia i pojednanie
Przetłumaczyłem ten tekst autorstwa Wesleya Avarama dla "Jednoty" - moim zdaniem doskonale oddaje to, co jest mi bliskie w posłaniu chrześcijanina. Poniżej wklejam część tekstu i link do jego reszty:

Jesteśmy przekonani, że każdy – polityk czy publicysta, obywatel czy cudzoziemiec, mężczyzna czy kobieta, biały czy czarny, konserwatysta czy radykał – kto w obecnej chwili mówi, że nasz naród i nasze państwo znalazło się w głębokim, być może nie do uratowania kryzysie politycznym, mówi prawdę.
      
Niektóre słowa wracają do nas po latach, i straszą swoją aktualnością. Wtedy w latach 60. XX wieku dwaj liderzy kościelni z południa USA, Will Campbell i James Y. Holloway, byli razem redaktorami pisma południowych duchownych pt. Katallenete – pojednajcie się. Wybór tekstów z ich pisma ukazał się w 1970 roku pt. Aż po dzwonnice w polityce i z tego zbioru wziąłem poniższy cytat. Jego aktualność porusza i kwestionuje nasze samozadowolenie dzisiejszą polityką: 
     Krótko mówiąc, wierzymy, że pierwotnym problemem kryzysu w naszym kraju jest nasza obsesja polityką, wiara w to, że polityka jest jedynym układem odniesienia i autorytetu u którego winniśmy szukać wsparcia i wyzwolenia od plag trapiących nas indywidualnie i jako społeczeństwo. Ponieważ w naszym kraju nikt nie kwestionuje tej obsesji, uważamy, że nasz kryzys się będzie powiększał, być może bez nadziei na ratunek. 
     
W 1970 roku kwestionowano to, co nazywano „chrześcijańskim mesjanizmem” liberalnych chrześcijan. Czterdzieści lat później, wydaje się, że na tę samą przynętę złapała się chrześcijańska prawica i przez ostatnich 20 lat stała się siewcą tej apostazji – czyli wiary, że przez politykę i władzę możemy osiągnąć to, co Bóg osiągnął już przez dzieło Jezusa Chrystusa: pojednanie. Liberałowie też nie do końca porzucili swój własny mesjanizm – ot, zwyczajnie zostali w tyle za chrześcijańską prawicą. 
     Ale teraz, gdy chrześcijańska lewica odradza się w odpowiedzi na motywowaną przez prawicę inwazję na Irak, warto przypomnieć sobie, że Campbell i Holloway ostrzegają obie strony. Uważają za błąd to, że chrześcijanie bardziej ufają Cezarowi niż Chrystusowi. Ten błąd prowadzi do pomylenia środka (jakim jest polityka) z celem (którym jest sprawiedliwość). Nie pomogą nawet najpiękniejsze i wytworne argumenty teologiczne – Kościół zawsze wpadnie w sidła Cezara, jeśli sam pozwoli Cezarowi ustalać reguły gry. Przecież nasze powołanie jako chrześcijan nie sprowadza się do wątłych, żałosnych i generalnie nieefektywnych prób natchnienia działalności publicznej moralnością i wyższymi ideałami
 – pisali Campbell i Holloway. Auu! 
     A oni idą dalej: Czy wypełniamy nakaz naśladowania Chrystusa poprzez zanurzenie w polityce definiowanej przez Cezara? Czy świadczymy o zwycięstwie Chrystusa, gdy najlepsi synowie narodu jednoczą się do walki ze sprawą, którą Cezar uznaje za najbardziej godną naszego zainteresowania? Czy przypadkiem nie może być tak, że Cezar myli się, albo wręcz nas okłamuje? Władza nas okłamuje?
 Kiedy ten tekst został napisany – wczoraj? Dlaczego zatem myślimy, że bierzemy udział w czymś innym niż kłamstwo, gdy angażujemy się po uszy w politykę? 
     Błędem jest zatem nie tyle brak działania, co zbyt duże zawierzenie samemu działaniu. Gdy władza korumpuje, korumpuje tak samo dobrych jak i złych. Wykrzywia język, który cenimy, biorąc chrześcijańskie pojęcia takie jak pojednanie, sprawiedliwość, miłosierdzie, litość, prawość i używając ich na potrzeby swoich własnych celów, które nie są naszymi. Czyż można znaleźć lepszy przykład niż nasza ostatnia narodowa interwencja zagraniczna, ubrana w język chrześcijańskiego sumienia? [Chodzi o ostatnie amerykańskie interwencje w Iraku i Afganistanie – K. B.] By uwolnić się od takich wypaczeń musimy ciężko pracować nad zmianą tematów, które dominują nasz dyskurs publiczny, a także pracować nad przekonaniem opinii publicznej, że już sam wybór spraw nam prezentowanych nie jest przypadkowy. Dla chrześcijan sprawy bezpieczeństwa narodowego czy narodowych wartości muszą ustąpić miejsca sprawiedliwości i miłosierdzia dla najsłabszych i najuboższych. Kościół przecież nie zna granic.  

http://www.jednota.pl/content/view/829/73/

Przy okazji - w "Rzepie" puszczono mój tekst o ministrantce Radziszewskiej - oto link do niego:

http://www.rp.pl/artykul/548923-Obywatel-drugiej-kategorii.html
wtorek, 12 października 2010
Bronisław Wildstein w duchu Goebbelsa
W Ameryce National Coming Out Day - w tym roku w niezbyt radosnej atmosferze - tylko w ciągu ostatnich 19 dni czworo młodych mężczyzn popełniło samobójstwa z powodu bycia dręczonymi za to, że są gejami:
 - Tyler Clementi (18) skoczył z mostu, gdy współlokator nagrał jego randkę na webcamie i puścił na żywo przez internet
- William Lucas (15) powiesił się w rodzinnej szopie - nie mógł wytrzymać tego, jak wyśmiewano się z niego w szkole
- Asher Brown (13) strzelił sobie w głowę pistoletem ojczyma - w szkole bezlitośnie wyśmiewano się z jego (rzekomego) homoseksualizmu
- Seth Walsh (13) powiesił się w ogrodzie - nie wytrzymał wyśmiewania się z tego, że jest gejem. Matka znalazła go i patrzyła przez 7 dni, jak jej syn umiera na OJOmie.

Chyba z tej okazji w "Rzepie" tekst Bronisława Wildsteina:

http://www.rp.pl/artykul/547995-Wildstein--Przemoc-w-sluzbie-postepu-.html

Zaczyna się ulubionym przykładem polskich fundamentalistów chrześcijańskich: skoro Erich Rohm był homoseksualistą, egro homoseksualizm = nazizm. Jak mawiał Goebbels: "Kłamstwo powtarzane wiele razy, staje się prawdą." Dzięki temu, p. Wildstein może zignorować tysiące gejów wysłanych do obozów koncentracyjnych przez nazistów. Ten "drobny fakt" nie pasuje mu przecież do jego tezy. A tym jest zdanie:

“Obserwując działania „antydyskryminacyjnych” środowisk, można odnieść wrażenie, że rewolucyjny duch fűhrera SA unosi się nad nimi.” 

A zatem, stosując Pana standardy etyczne, logiczne i argumentacyjne napiszę tak: 

"Czytając wywody p. Wildsteina, można odnieść wrażenie, że idea fuhrera propagandy Goebbelsa unosi się nad nimi"
czwartek, 07 października 2010
Surowy Tusk i dopalacze
Premier Tusk się znów rozjuszył. Tak jak niegdyś pokazał twarde oblicze i uchwalono prawo o przymusowej kastracji chemicznej pedofilów (które chyba nawet nasz prawicowy Trybunał Konsytucyjny uzna za legislacyjny gniot, bo nie można ludzi przymusowo kastrować), tak teraz wziął się za dopalacze. I znów widzimy ostre oblicze rządu przy poklasku opinii publicznej.

Jest tylko jeden mały problem. Nie do końca jestem przekonany, że obecne działania rządu są legalne.

Żeby było jasne: jestem przeciwny narkotykom, zarówno twardym jak i miękkim. Nie jestem zwolennikiem legalizacji handlu nimi. Ale prawda jest taka, że obowiązująca od 2000 roku ustawa jest idiotycznie restrykcyjna - wiadomo, licytowano się wtedy na "represyjność prawa" w czym celował Lech II Kaczka, a nie na jego sensowność i racjonalność. Kto jak kto, ale tacy miłośnicy wolnego rynku jak PO winni wiedzieć, że lukę na rynku coś wypełni. I wypełniły dopalacze. I teraz ponosimy tego konsekwencje.

Prawdę pisząc nie wiem jakie jest dobre rozwiązanie. Przypuszczam, że częściowo problem rozwiązałoby legalizacja posiadania drobnej ilości trawy na swój własny użytek - ale naprawdę nie wiem, czy to pomysł trafiony.

Chciałbym jednak, żeby Donald Tusk, zamiast bawić się w taniego populistę i groźnego szeryfa, zwołał okrągły stół z udziałem ekspertów i wypracował na chłodno i bez emocji rozsądną politykę antynarkotykową. Czepianie się ludzi, którzy prowadzą legalną działalność gospodarczą, tylko dlatego że publika tak chce, jest nigodne premiera i państwa prawa.

Jak zawsz w Polsce: mniej świętoszkowatej emocji - a więcej myślenia! A może nawet: choć raz pomyślmy, zanim zaczniemy działać!