Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
poniedziałek, 31 października 2005
Nowy rząd – mogło być gorzej

Przypomina mi się stary, żydowski dowcip o rabinie co to zawsze mówił:  “mogło być gorzej”.

Trzymając się tej konwencji,  ów gorszy rząd wyglądałby tak:

Jarek na premiera.
Dorn, Wasserman, Ziobro - resorty "siłowe"
Lepper - gospodarka
Beger - bank centralny
Geirtych - msz

Żyć nie umierać.

czwartek, 27 października 2005
Ewangelickie bzdury

Listy do prezydenta elekta wysłała wierchuszka biskupów ewangelickich. Szczerze mówiąc, nie wiem po co, przecież i tak nie zauważy.

List naszego kalwińskiego biskupa Izdebskiego, jest dość suchy. Gratulujemy, będziemy się modlić, bo zawsze się modlimy za sprawujących władzę o mądrość (a wam jej potrzeba bardziej niż innym dotychczas). Biskup Izdebski przynjamniej robi aluzję, że miło pamiętać o pluralistycznej historii Polski i że wielu naszych to sami swoi i na odwrót. Ładnie, sucho i tyle.

Natomiast do prawdziwego orgazmu intelektualnego doprowadził mnie list zwierzchnika luteranów bp Jaguckiego, z którego dowiaduję się, że „Ojciec Święty czerpał inspirację z dzieł Marcina Lutra”. Przez pierwsze pięć minut zarykiwałem się ze śmiechu, ale ale to jest na oficjalnej stronie kościoła! Nie wiem czy ta twórcz myśl, jest jego własną, czy też jakiś fałszywy przyjaciel mu ją nadał, ale nie wiadomo czy dalej kwilić ze śmiechu czy usiąść i rozpaczać.

A kolor bloga zmieniłem, bo sezon się zmienia. Jak zapewnił mnie myśliwy, to sezon na kaczki.

NIESTETY.

środa, 26 października 2005
Chamstwo u władzy

W istniej wersalskiej atmosferze przebiegają rozmowy koalicyjne. Premier in spe w publicznej wypowiedzi używa zwrotów zwykłego chłopstwa z zagrody pod Łomżą: „Wara od służb”. A to dopiero początek... Pięknie!

poniedziałek, 24 października 2005
Kaczyzm

Jak właściwie większość moich znajomych mam doła psychicznego. Mój kolega dziennikarz napisał taki oto list na ten temat:

Wczoraj mialem wybor: zachorowac na dzume, albo cholere. Zadna perspektywa mi sie nie podobala, wiec zgodeni z wlasnym sumieniem skreslilem obu - grubasnego pajaca z nacjonalistycznym akcentem i wysztafirowanego fircyka z wada wymowy. Wybor kaczyzmu jest mi na reke. A w zasadzie rezultat przyszlych woborow. Niech porzadzi. Zwolennikom Kaczynskich zupelnie szczerze: TKW. Demokracja.”

Moja nobliwa i nieprzeciętnie inteligentna ciotka ze starej reformowanej rodziny rzucała wczoraj q-ami, tak, że aż miło. Dzisiaj przesłała mi kilka fajnych plakatów na ten temat z internetu. Wklejam tylko dwa najśmieszniejsze: pierwszy jest po prostu bombowy, zaś w drugim nie wiedzieć czemu obserwujemy płonącą lampę polskich unitarian – czyżby spisek wrogich sił jak unitarianie, Żydzi, masoni i cykliści zmierzający do obalenia zdrowego i narodowego Kaczora?

A tak juz zupełnie na marginesie, to kolejny raz sobie uświadomiłem, jak bardzo środowisko w którym się obracam jest niereprezentatywne.

niedziela, 23 października 2005
Dno dna

Jestem na lekkim rauszu spowodowanym wynikami wyborów prezydenckich, zatem lotność moich myśli może być ciężka. Powiem tak: dno to jest kilometr nad nami. A od jutra przyjdzie nam mieszkać w narodowej, katolickiej, socjalistyczno – prokuratorskiej heteroseksualnej Rzeczypospolitej Obojga Kaczorów.

Witajcie w życiu!

sobota, 22 października 2005
Donald or Duck

Podobno pod takim, bez wątpienia złośliwym tytułem, widnieje artykuł Tomasza Lisa w „Financial Times”. Pomijając wątek złośliwy, to wybór wcale nie jest aż tak banalny jakby się wydawało.

Kampania przebiegała jak zawsze w Polsce. Zaczęli od centrum i potem rozpoczął się rejs w kierunku prawym. Tematem kampanii nie było ani miejsce Polski w świecie ani w Unii Europejskiej (oprócz hasła „Europa Ojczyzn”), ale tego typu bzdety jak kariera wojskowa dziadka kandydata, czy też konkurs piękności na temat: kto jest bardziej solidarnościowy. Tusk zupełnie nieskutecznie przekonywał on, zamiast powiedzieć wprost, że to co ofiarowuje Kaczor jest nie tylko nieskuteczne ale i drogie. Lech zapewniał mnie, że IV Rzeczypospolita będzie rajem dla rzymskokatolickich heteroseksualnych osób ze słowiańską genealogią oraz „którzy nie mają niczego na sumieniu.” Obydwoje kandydaci podkreślali, że nie widzą powodu, by walczyć z dyskryminacją kobiet, bo trzeba wspierać rodzinę. Jako prawnik, gdy słyszę tego typu brednie, zawsze mam pytanie: jak jeszcze można ją w Polsce wspierać? Skasować rozwody? Opodatkować samotnych i panny oraz pary bezdzietne? Przykładów dna tej kampanii można by mnożyć.

I co pozostaje nam szarakom z centrum? Otóż po wyścigu w kierunku prawej ściany, musimy głosować na kandydata, który się w niej jeszcze nie znalazł i który pokazując na wsparcie takich szumowin jak Rydzyk czy Lepper dla Lecha, mruga do mnie i lekko sepleniąc mówi: „Tamten jest jeszcze gorszy.” Być może, ale to pocieszenie mocno wątpliwe. Trochę nadziei wlał ów Kaszuba w moje serce na koniec kampanii, gdy powiedział, że kandyduje bo nie chce budować murów. Oby...

Konkludując: ponieważ nie chcę by za pięć lat w cuglach wygrała Samoobrona i buraki spod znaku Leppera i faszyści spod znaku LPR, ponieważ nie chcę rządów zapyziałych, pewnych siebie prawicowych głupków, którzy potrafią tylko rozbijać a nie budować, ponieważ nie chcę IV Rzeczypospolitej z prokuratorem, socjalizmem i moralnością rodem z czasów Gomułki albo państwa kościelnego, ponieważ nie chcę sprawiedliwości rodem z PiSuarów, wreszcie ponieważ nie chcę na własnej skórze przekonać się jak rządzi Lecch (Warszawiacy dobitnie go ocenili), jutro po kościele wsiądę do pociągu i pojadę zagłosować na Donalda Franciszka. Bez entuzjazmu, ale z typową dla Polski motywacją: bo to mniejsze, chociaż wyższe zło.

Jak mawiał stary członek Kościoła Reformowanego w USA Gieronimo: HOWGH!

poniedziałek, 17 października 2005
Kandydaci prawdziwie kościelni

Tytuł artykułu w GW brzmi: „Kandydaci idą do kościoła”.

Tak szczerze między nami to wolałbym, żeby kandydaci chodzi do kościoła nie tylko w trackie wyborów ale i w okresie nie-wyborczym (piję do Donalda Tuska). I by, gdy już się tam znaleźli, uważnie słuchali co im się tam mówi, a nie jak swojego czasu Lech Wałęsa nie zauważali antysemickich wycieczek prałata Henryka J. I wreszcie, by po wysłuchaniu Dobrej Księgi nie tylko ją zapamiętali, ale i wcielali ją w życie. Tutaj piję do Lecha Kaczyńskiego, który zdaje się zapominać, że pewien namolny Żyd streścił kiedyś Pismo w dwóch przykazaniach: by kochać Boga swego całym sercem i duszą i osobą swoją, a bliźniego w tym i wroga i grzesznika i obcego jak siebie samego.

Wreszcie, życzyłbym sobie, żeby kandydaci nie używali religii do zdobycia głosów wyborczych, ale jako motywacji do czynienia dobrze. Znowu jak mówi Dobra Księga: „Tak mówi Pan: cóż bowiem takiego żądam od Ciebie niż żebyś kochał sprawiedliwość, czynił miłosierdzie i w pokorze kroczył za swoim Panem?”

Ale ja jestem pod każdym względem w mniejszości w tym kraju.

sobota, 15 października 2005
Indian Summer

Mniej więcej rok temu moja przyjaciółka Mary Chitty, zabrała mnie na słynny Walden Pond, gdzie Henry Toreau napisał swoją książkę „Walden.” Była wtedy pochmurna pogoda, ale na czas naszego spaceru wokół tego stawu wyjrzało na moment słońce. Kolory drzew były niesamowite, a plebania w Concord wprost tonęła w złotych liściach. Za nią, na słynnych polach Concord, gdzie Amerykanie „wybili się na niepodległość” rósł wprost nieprawdopodobnie fioletowy krzew, na tle którego się fotografowaliśmy.

Tak mi się przypomniało to zeszłoroczne Indian Summer, gdy tak patrzę na tak samą piękną pogodę w Holandii. I na koniec parę zdjęć. Walden Pond na górze i Fall Foliage w Nowej Anglii.

piątek, 14 października 2005
Spotkanie z C-K Austrią

Wczoraj wieczorem wracając ze szkockich tańców na przystanku zagaiłem rozmowę z elagancko ubraną starszą panią. I ona i ja mówiliśmy po holendersku z akcentem, więc natychmiast zeszło na to skąd pochodzimy. Okazało się, że jest z urodzenia Niemką, ale jej tata pochodził z  Chrzanowa, a jej mama z Sanoka. W 1935 roku wyszła za mąż za Holendra. Jej dzieci mieszkają w USA i są onżenione z Amerykanami. Tak więc rozmawiało sobie dwoje Polaków na przystanku w Amsterdamie.

Opowiadaliśmy sobie o naszym życiu, o atmosferze miast i o tym, że ona pamięta z opowiadań rodziców świat, który już nie istnieje – mianowicie Austro Węgry, z dobrotliwym cesarzem Franzem Józefem I. Kiedy tak sobie o tym pomyślę, to rzeczywiście był to zupełnie inny świat: bez nienawiści rasowej, bez szalejących nacjonalizmów, ot taki błogi spokój La belle epoque. Szkoda, że to wszystko się rozpadło i przerodziło w ten okropny XX wiek. W którymś ze wspomnień pewnej arystokratki przeczytałem: “Wtedy wybuchła I Wojna Światowa, nasza pierwsza katastrofa”. Podobno Franz Joseph po podpisaniu wypowiedzenia wojny Rosji w 1914 roku, odwrócił się do harbiego von Stadion i powiedział mu cicho: „To nasz koniec”.

Miło się z tą czarującą panią rozmawiało.

wtorek, 11 października 2005
Gnidy z PiS. Oczywiście z wartościami z Dekalogu

Najpierw lekutra wywiadu, a potem mój komentarz:

 

Poniżej fragment wywiadu, jakiego Jacek Kurski udzielił Katarzynie Pastuszko dla tygdnika Angora (nr 42)

- Zaczyna pan wyciągać haki na drugą turę?
- Nie. Mówię prawdę.
- A czy to prawda, że jednym z planowanych przez was haków było ubranie Donalda Tuska w mundur żołnierza Wermachtu?
- To obrzydliwe. To, że w jego domu mówiło się po niemiecku, nie oznacza, że trzeba go przebierać w mundur.
- Po niemiecku?
- Rodzice Tuska byli gdańszczanami i mówili po niemiecku. Pisał o tym wiele razy w swoich książkach. Jest natomiast półmrok niedomówień i tajemniczości na temat dziadka Tuska. Sądzę, że w jego interesie leży wyjaśnienie tej kwestii. W przypadku wyborów prezydenckich Polacy mają prawo wiedzieć wszystko o kandydacie.
- Rozumiem, że pan wie?
- Niczego nie wiem na pewno. Poważne źródła na Pomorzu mówią, że dziadek Tuska zgłosił się na ochotnika do Wermachtu. Na Pomorzu zdarzało się często wcielanie do Wermachtu, ale siłą. Cokolwiek było z jego dziadkiem - nie winię za to Donalda Tuska. Winię go jedynie za tolerowanie plotek na ten temat. Powinien albo zaprzeczyć, albo potwierdzić, a nie milczeć. To już nie jest jego prywatna sprawa. Tusk nie kandyduje na prezydenta Sopotu, tylko prezydenta Polski. Wyjaśnienie tej kwestii jest dlatego takie ważne, że Tusk w swojej publicystyce historycznej prezentuje często niemiecki punkt widzenia. Czyni także wiele proniemieckich gestów. (...)

 

 

Choć nie jestem fanem ostatnich długawych wypocin Adama Michnika, to przyznaję, że w wywiadzie Kurskiego dostrzegam cechy opisywanego przez niego motłochu i naganiaczy.

Jacek Kurski na pierwszy rzut oka niczego nie mówi. “Nie trzeba przebierać go w mudnur, bo po niemiecku i tak mówił.” On niczego nie wie na pewno, ale to mu aboslutnie, ale to absulutnie nie przeszkadza obrzucić błotem Dziadka Tuska, że rzekomo dobrowolnie wstąpił do Wermahtu. I tak oto tworzy, tę aurę niedomówień i tajemniczości o której sam mówi. Można powiedzieć, że gnida nakręca sama siebie. Ale to nie takie proste.

Po pierwsze i najważniejsze, należy sobie zadać pytanie, czy przodkowie mogą być kryterium oceny potomków. Do jest sprawa indywidualna.

Pod drugie, posłużono się tradycyjnie w polskiej polityce genealogią. PiS jest zbyt „nowoczesny” by wzorem Radia M zniżyć się do poszukiwania jewrejów wśród przodków, więc wolał się posłużyć wątkiem anty-niemieckim, przecież w Polsce tak popularnym i podkręcanym przez zarówno PiS, jak i przez samą Platformę. Wspominając, że w domu rodziców Tuska mówiło się po niemiecku, puszcza się dyskretne oczko do ludzi, i pyta między wierszami: „Czy prezydentem Najjaśniejszej może być ktoś, kogo rodzice w domu nie mówili polszczyzną? Czy to seplenienie Tuska jest aby na pewno tylko wadą wymowy?”

I już wiemy, że żeby udowodnić swoją polskość Donald (imię też podejrzane – nie to co przaśny i starosłowiański „Lech”) musiałby nieomalże na naszych oczach spuścić spodnie by pokazać, że jest przynajmniej gojem, a potem, by pokazać, że ma słowiańską duszę i ciało, nucąc „Sokoły” albo lepiej „Rotę” odbyć w misjonarskiej pozycji akt płciowy ze swoją żoną.

I co mnie do furii doprowadza, to agrument, że dobry Polak nie może mówić w domu innym językiem niż po polsku. Znam sporą grupę ludzi i świetnych Polaków, którzy za młodu w domu mówili po jidysz, francusku, rosyjsku czy nawet niemiecku. Rodzina mojego Taty, choć arcykatolicka jest po mieczu pochodzenia czeskiego, zaś najbardziej katolicka jej część to Műllerowie z pogranicza Badenii i Wirteembergii, którzy w Polsce osiedlili się u schyłku XVIII wieku w Nowosolnej i Mileszkach pod Łodzią i gdzie „mutter sprache” do połowy XX wieku bynajmniej nie był język polski. W rodzinie mojej Mamy występuje prababcia Emma z Kurlandii, która choć do końca życia kaleczyła mowę Reja i Kochanowskiego, w 1939 jako staruszka odmówiła zadeklarowania się jako Niemka. Inny wyjek ożenił się z prawosławną Rosjanką i tak dalej, i tak dalej. Wątku wyznaniowego nie będę poruszał bo istny gulasz.

Inny mój ulubiony przykład (acz nie rodzinny) to królowa Jadwiga. Pól Węgierka, pół-Bośniaczka, w dodatku francuskiego pochodzenia. Beznadziejna królowa, nie?

Czy naprawdę w Polsce liczy się tylko bycie białym, heteroseksualnym mężczyzną z rasowym chłopskim pochodzeniem, najlepiej nieskażonym żadną myślą od pokoleń? Albo wywodzącym się ze szlachty, która koniecznie musiała majątek albo przepić albo stracić w jakimś idiotycznym powstaniu?

Donald Tusk nie jest moim wymarzonym kandydatem. Ale to co wyprawia p. Kurski, to jest zwyczajne świństwo i podłość. Kwalifikuje go to jako gnidę. A Kaczyński jest taką samą gnidą, że mu na to pozwala. Na szczęście obie szuje, kierują się na codzień Dekalogiem i nauczaniem Jana Pawła II. Aż strach pomyśleć, do czego byliby zdolni jako ateiści...

 
1 , 2