Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
wtorek, 31 sierpnia 2010
Wielka Henryka Krzywonos!
Jak na razie prezydent Bronisław Komorowski na żadne ważne stanowisko nie mianował kobiety - choć podczas kampanii mamił nas parytetami, teraz okazuje się, że żadnej kompetentnej kobiety nie zna.

Po wczorajszym wystąpieniu myślę, że może powinien poznać p. Henrykę Krzywonos, która pokazała że nie boi się nawet tak "chrześcijańskiego" tłumu jak działacze PiSuaru - przepraszam, Solidarności i potrafi wygarnąć tam, gdzie trzeba i komu trzeba!
Brawo, brawo Pani Henryko! Dzięki Pani zobaczyliśmy znów, choć na chwilę tę Solidarność przez duże S.

Przy okazji, nagroda im. Jerzego Samuela Bandtke'go za promowanie poprawnej polszczyzny powinna pójść do brata Jarka, za jego nienaganną polszczyznę. Już nawet nie chodzi o ten urokliwy akcent na każdą inną sylabę niż druga od końca, ale o ten uroczy zwrot, że wolność jest w Polsce "uomna". Rzeczoną nagrodę miał i Lech II Kaczka, więc bratu Jarkowi należy się "jak su zupa"

poniedziałek, 16 sierpnia 2010
Kluki lub Klücken czyli smutne losy pięknej wsi (cz. 2)

Profesor Szultka główną winę obciąża pastorów, ale prawda jest nieco bardziej skomplikowana. W 1807 roku zniesiono poddaństwo w Prusach co oznaczało, że Kaszubi mogli i zaczęli emigrować za pracą – Pomorze Słupskie dalej bowiem pozostało biedną dziurą. Po drugie na terytorium rejencji słupskiej zakazano w 1811 jakiejkolwiek nauki po polsku (kaszubsku), co siłą rzeczy podkopywało żywotność Kaszubszczyzny na tych terytoriach. W ślad za tym skasowano konfirmacje po kaszubsku i wreszcie do połowy XIX wieku różnymi metodami likwidowano miejsca, gdzie nabożeństwa odbywały się po kaszubsku. I tak w połowie XVII wieku odbywały się one w ok. 50 parafii na Pomorzu Słupskim  - w 1811 liczba ta spadła już do zaledwie 20, wszystkie na wschód od Słupska. Uczona w niemieckiej szkole młodzież, zaczęła się wstydzić kaszubskiego i unikać jego stosowania. O zamieraniu kaszubskiego świadczy nowy zwyczaj – od lat 20 i 30 XIX wieku datuje się zwyczaj wkładania kancjonałów i katchizmum po polsku do trumien – zwyczajnie nie były już nikomu potrzebne. Są one obecnie prawdziwymi białymi krukami – NIGDZIE w żadnym muzeum nie widziałem nawet jednego egzemplarza owego katechizmu z 1642 roku!

Rola pastorów nie jest wcale jednoznaczna. Oto pastor Gottlieb Lebrecht Lorek (1760-1845), urodzony na Mazurach i mówiący świetnie po polsku, sam bardzo gorliwie usuwał kaszubski ze szkoły i z kazań kościelnych w swojej parafii w Cecenowie. Naciskał też by kobiety przestały ubierać się jak Kaszubki. Dbał tylko o to, by osoby zupełnie nie rozumiejące po niemiecku w swojej parafii, miały dostęp do kaszubskich czynności kościelnych w języku dla siebie zrozumiałym. Gdy odchodził na emeryturę w 1837 roku przyznał się, że to właśnie dzięki jego staraniom „zgromadzenie kaszubskie” zmalało i było „niczym” w porównaniu do tego, czym było gdy objął parafię w 1807 roku. Już na emeryturze zainteresował się Kaszubami, ich zwyczajami i językiem, i o nich pisał, chyba żałując swojej polityki rugowania ich języka. Ewangelickie nabożeństwa kaszubskie w Cecenowie zlikwidowano w 1876 roku. Z jego postawą kontrastuje postawa pastora Ernesta Lohmanna, pastora w Główczycach, gdzie uczęszczali mieszkańcy Kluk. Ten urodzony w Nadrenii Niemiec, trafił jakoś do Główczyc. Ponieważ w parafii liczba osób nie znających niemieckiego sięgała tysięcy, postanowił się go nauczyć. Korzystał z pomocy innych duchownych, sprowadzał księgi liturgiczne i modlitewniki ze Śląska. Na dzielność szkoły nic nie mógł poradzić, ale przynajmniej nie wymuszał na dzieciach i ludziach modlitw w języku im obcym. Gdy zmarł w 1886 roku Główczyce były ostatnim miejscem na Pomorzu Słupskim gdzie odprawiano nabożeństwa po polsku (kaszubsku) – jego następca ich już nie prowadził. Nie było dla kogo. Podobno gdy nowy pastor ogłosił, że nabożeństw kaszubskich już więcej nie będzie, jeszcze tej samej nowy w kościół uderzył piorun i kościół spłonął.

Na początku XX wieku odwiedzający te okolice doliczyli się kilkuset osób, które w młodości mówiły po kaszubsku, ale już go nie pamiętały. Tylko kilka starych osób posługiwało się gwarą zwaną „słowieńską” w Klukach. Ale nawet tu nie mówił nią nikt z młodzieży – to zasługa nie tyle pastorów w Główczycach i Smołdzinie, co nauczyciela wiejskiego, którzy przez 20 lat pracy wyrugowali nie tylko język kaszubski ale i stroje. Było jednak kwestią czasu, kiedy i tu wymrze. Przetrwała jednak pamięć o kaszubskich korzeniach wsi i okolicy.

Nadszedł rok 1945. Przed Armią Czerwoną uciekło 2/3 mieszkańców Kluk. Podobno stary Otto Czirk, który pamiętał gwarę, próbował się nią dogadać z krasnoarmiejcami. Do wsi w 1946 roku zaczęli przybywać przesiedleńcy ze wschodu, którzy w mieszkańcach Kluk widzieli tylko Niemców i w ramach „reparacji” wyrzucać ich z domów i zagród. Gdy jednak ci mieli się zdeklarować, ku zdumieniu polskich władz okazało się, że kilkaset osób (głównie w Klukach ale i Główczycach i Gardnie) deklaruje się jako „Słowińcy.” Wywołało to furorę, gdyż w ten oto sposób ta mała wioseczka na bagnach i piaskach okazywała się być dowodem na „prastarą słowiańskość” tych ziem. Do Kluk zjechali językoznawcy i etnografowie w poszukiwaniu Słowińców. Jednak stwierdzono jednoznacznie, że NIKT już nie mówi gwarą (Otto Czirk albo zmarł albo wyjechał) i wszyscy mieszkańcy mówią plattdeucthem. Kaszubskie słowa zachowały się tylko w terminologii rybackiej, i oczywiście w pamięci mieszkańców wsi.



I teraz się zaczęło ich drugie piekło. Władza Ludowa doszła do wniosku, że ich nigdzie nie wypuści, choć większość marzyła o wyjeździe do RFN. Należało ich poddać „polonizacji” tak jak wcześniej poddano ich „germanizacji.” Byli żywym dowodem na to jakąś bzdurna tezę i tak jak wcześniej za nich odgórnie wybrano przynależność etniczną, tak samo zrobiono i teraz – tylko że w drugą stronę. Ich samych nikt o zdanie nie pytał. Po stronie polskiej stanęła jedna jedyna Słowinka – Ruth Kösch. Niewiele o niej wiem – co nią kierowało: świadomość pochodzenia, oportunizm, czy może miłość do swojej własnej ojczyzny. Współpracowała w tworzeniu muzeum regionalnego i nawet była krótko sołtysem wsi – zapłaciła za to nienawiścią mieszkańców wsi, którzy zarzucali jej „zdradę” i wyładowywali na niej złość i nienawiść do PRL. Pastorom ewangelickim pozwolono dojeżdżać do Kluk, ale pod warunkiem, że nabożeństwa będą prowadzone … po polsku. Tak jak w XIX wieku, tak teraz znów budzili niechęć i zarzucano im polonizowanie. Życie codzienne niewiele się zmieniło – Kluki pozostały biedną, opuszczoną wsią na krańcu głuszy. Wsią na której zemstę brała historia.

Kres tej gehenny nadszedł w 1971 roku. Nieoczekiwanie władze PRL pozwoliły większości mieszkańców Kluk na wyjazd do RFN. Wyjechał nawet brat Ruth, Willy. Załamana Ruth zmarła zanim zobaczyła, jak wszystko nad czym pracowała przez 30 lat obraca się w proch. Do końca lat 70tych XX wieku wyjechali prawie wszyscy autochtoni, także wszystkie osoby z mieszanych rodzin. Paradoksalnie w „prasłowiańskiej” wsi pozostała tylko przedstawicielka rodziny Reimanów – jedynej niemieckiej rodziny która osiedliła się tutaj w połowie XIX wieku. W Główczycach i Gardnie odprawiane są do dziś nabożeństwa ewangelickie. Po niemiecku.

Opuszczone gospodarstwa Kluk zamieniono powoli na skansen. Domki ładnie odnowiono i zadbano o nie, i tak Kluki stały się uroczym skansenem. I spacerując pomiędzy jedną a druga uroczą chatką albo chatynka, nie pamięta się o tragicznych losach tej miejscowości. Bo gdzieś pomiędzy XVIII wieczną chatką Charlotty Klück (która mówiła tylko po kaszubsku) a domkiem jej krewniaka Albrechta Klück z lat 30. XX wieku (który mówił tylko w plattdeutch) kryje się lekcja tego, jak wielką cenę możemy zapłacić gdy szał nacjonalizmów zawładnie władzami świeckimi i religijnymi. I gdy słońce zachodzi nad pustymi domami i zagrodami skansenu Kluk, być może w ciszy dociera do nas, jak wiele wszyscy utraciliśmy. Kaszubi, Niemcy, Polacy, Słowińcy.

A torf w ramach zabawy kopią już tylko turyści.

niedziela, 15 sierpnia 2010
Kluki lub Klücken czyli smutne losy pięknej wsi (cz. 1)

Pojechałem z przyjaciółmi do miejscowości Klucki nad jeziorem Łebsko, uroczej miejscowości, którą większość Polaków zna ze słyszenia jako fajny skansen oraz miejsca gdzie się kopie torf i przy okazji imprezuje. Jednak ta schludna i urokliwa miejscowość położona na uboczu Pomorza Słupskiego kryje dość dramatyczną i ponurą historię, którą większość ludzi ignoruje, albo jej nie zauważa.

Jak zawsze clue tkwi w historii. Pomorze Zachodnie było księstwem rządzonym przez dynastię Gryfitów. Gryfici byli lennikami cesarza niemieckiego, a ich państwo rozciągało się jak kiszka od dzisiejszej Lubeki po Łębę. Choć kiedyś cały ten obszar zamieszkiwali Słowianie, na skutek imigracji, osadnictwa i mieszanych małżeństw, około XVI wieku sytuacja przedstawiała się tak, że na Zachód od Koszalina mówinio już wyłącznie po niemiecku (choć co ciekawe w Plattdeutch), zaś na wschód od Koszalnia przeważał kaszubski zwany tu „Wendyjskim”, ale który był stopniowo wypierany przez niemiecki. Ostatnim przedstawicielem rodu Gryfitów, który władał polskim był Bogusław X (zm. 1523) ożeniony z Anną Jagiellonką. Choć utrzymywano kontakty z Krakowem, Księstwo Zachodniopomorskie było księstwem niemieckim, gdzie część mieszkańców mówiła po słowiańsku (tak samo było w Meklemburgii). Nie ma co dorabiać tu mitu o „Ziemiach Odzyskanych”

W 1535 r. Pomorze Zachodnie przyjęło luteranizm. Protestantyzm miał to do siebie, że naciskał by ludność mogła czytać Pismo Święte w swoim języku. Ze względu na skomplikowane sytuacje spadkowe, choć luterański porządek kościelny uchwalono w 1535 roku na sejmie w Trzebiatowie, to jakoś nie wspomniano o języku kaszubskim i o potrzebie przełożenia pisma i śpiewników na ten język. Profesor Szultka uważa to za typowy nacjonalizm niemiecki, ale ja jestem skłonny przypisać to prostemu czynnikowi: księstwo słupskie, gdzie Kaszubi przeważali to była dziura zabita dechami. Małe, biedne i na uboczu księstewko było tak mało znaczące, że nie mieszkał tu nikt z rodu Gryfitów – tylko wdowa po księciu Janie Fryderyku, Erdmunta z Hohenzollernów została tu zesłana na oprawę wdowią razem z kuzynka, której „przydażyło się” dziecko nieślubne. Wprowadzenie luterańskich porządków zajęło blisko 60 lat. Wtedy tez po raz pierwszy (1595) wspomniano o „słowiańskich kaznodziejach”. O tym, że luteranizm nie musiał oznaczać wrogości z polskością, stanowi przykład Albrechta Hohenzollerna księcia Prus, który uczynił Królewiec wielkim centrum drukowania polskich książek i kancjonałów.

Fast forward do 1622 roku. Wtedy to schorowany i załamany wygasaniem swojej dynastii Bogusław XIV nadał swojej siostrze Annie księżnej Croy (zm.1660) ziemię Smołdzina i Słupska w dożywotnie władnie. Pomorze Zachodnie było zrujnowane Wojną Trzydzistoletnią i księżna Anna starała się w miarę możliwości dbać o tę część ludności, która nie wyginęła na skutek głodu, chorób, czy wojny. Lasy, bagna i puszcze księstwa słupskiego temu sprzyjały i księżna w Smołdzinie ufundowała kościół oraz wyposażyła go w ołtarz, kazalnice i księgi liturgiczne po polsku i niemiecku. Zastrzegła jednocześnie, że każdorazowy kaznodzieja w Smołdzinie musiał znać język polski. Staraniem jej osobistego kapelana Michała Mostnika vel Pontanusa (1583-1654) w 1642 roku ukazał się: „"Mały Catechism D. Marcina Luthera, niemiecko-wandalski abo słowięski...” zdaniem badaczy upstrzony kaszubszczyznami. Wydrukowano również potrzebne kancjonały, głownie na bazie kancjonałów z Mazur. W ten oto sposób do połowy XVII wieku Kaszubi między Koszalinem a Słupskiem stali się już porządnymi luteranami, z własnymi śpiewnikami i Biblią.


Fast forward do XVIII wieku. Księstwo pomorskie przejmują Hohenzollernowie. Gorliwi kalwiniści, zapatrzenie w Holandię, chcą ze swojego biednego, peryferyjnego i zacofanego państwa uczynić potęgę w cesarstwie. Wymaga to jednak unifikacji prawnej i językowej – oprócz niemieckiego w ich państwach mówi się po łużycku, polsku, kaszubsku, frzyzyjsku, francusku. Hohenzollernowie przystępują więc do unifikacji państwa. Wprowadzają powszechny obowiązek szkolny w 1735 roku – początkowo nawet nauczano w lokalnych językach. Ale jakby tego było mało, kalwińscy pastorzy zaczynają gustować w luterańskich pietystach. Tych zaś nie interesują niuanse teologiczne, ale wychowanie do życia skromnego, pobożnego i posłusznego. Władcy, a potem władze kościelne zaczynają więc faworyzować absolwentów teologii z Halle. Z dość niejasnych przyczyn, ci ostatni w Słupskiem dochodzą do wniosku, że język kaszubski jest problemem w „zpietyzowaniu” księstwa słupskiego. Zaczynają więc naciskać by duchowni używali go coraz mniej. Sprzymierzeńca znajdują znów wśród Hohenzollernów, szczególnie w deiście Fryderyku II Wielkim. Tego ostatniego nie interesowały niuanse teologiczne, ale chciał by kościół i szkoła wychowywały mu karnych i posłusznych rekrutów. I choć z językiem polskim czy łużyckim nie walczono, to w księstwie słupskim państwo podało rękę kościołowi, i oba zaczęły wychowywać… karnych rekrutów. Świadczy o tym dość szokujący list luterańskiego superintendenta słupskiego Krystiana W. Hakena, który w 1780 roku pisał:

Istnieje reskrypt polecający, aby kaznodzieje, w miarę możliwości, starali się usunąć język kaszubski i narzucali tylko niemieckich nauczycieli, a dzieciom nie umiejącym czytać po niemiecku nie udzielali konfirmacji. To jednak wymaga mądrości i przezorności, trzymania się na baczności, aby mieszkańcy nie spostrzegli, że ma się zamiar wyrugować ich język, gdyż Kaszubi zbuntowaliby się przeciw temu i jak najskuteczniej oparliby się takiemu planowi. Należy także myśleć, żeby Kaszuba, który w życiu powszednim od biedy za pomocą niemieckiego może się porozumiewać, był zdolny zrozumieć naukę religii w języku niemieckim (...). Obie przyczyny razem były przeszkodą i powodowały, że mowa kaszubska w moim synodzie całkiem jeszcze nie ustała. Przez 10 lat mego tutaj pobytu doprowadziłem przy pomocy pastorów do tego, że w kilku miejscowościach w razie wakansu, jeśli tylko patroni nie są uparci, kaznodzieja mający być powołanym będzie mógł obyć się bez znajomości tego języka, gdyż w przeciągu 5-6 lat wymrą starsi ludzie, którzy jeszcze żyją, a po niemiecku nic nie umieją. W niektórych parafiach potrzeba na to około 50 lat.”

CDN.

piątek, 06 sierpnia 2010
Niedorzecznik Praw Obywatelskich
W Gazecie i Polityce wywiad z nową Rzeczniczką Praw Obywatelskich. Szukam innego słowa niż "dno" ale jedyne które mi przychodzi w zamian to "skrajna niekompetencja".

Tu nie chodzi o to, że nowy RPO uważa, że w Polsce nie ma dyskryminacji prawnej osób niehetero (co akurat przeczy ostatniemu orzeczeniu Trybunału w Sztrasburgu w sprawie Kopf & Schlag), i opowiada androny, że poinformowanie lekarza, że ma się partnera załatwi sprawę. Ale jeśli nowy RPO sugeruje by programy nauczania etyki "uzgadniać" z Kościołem Katolickim (notabene państwo nie ma żadnego wpływu na programy nauki religii) i chce by księża albo katecheci mogli uczyć religii - to mam pytanie: czyim rzecznikiem jest p. Lipowicz? Bo na pewno nie praw obywatelskich!

A można było wybrać RPO profesora Sadurskiego!

http://wyborcza.pl/1,75515,8207893,Nie_moge_robic_tego__czego_nie_czuje.html

link do niedorzeczności prof. Lipowicz

wtorek, 03 sierpnia 2010
Pogański totem - a nie krzyż

To nie krzyż. To nie jest żaden symbol Męki Pańskiej albo symbol bezinteresownej miłości dla każdego człowieka. Jak stwierdziła moja Ciocia, to jest zwykły pogański totem. Totem anarchii, cynizmu, ciemnoty i wszystkiego tego co najgorze w Polsce i tego co najbardziej ciemne i plugawe w polskiej religii. Mówienie o tych dwóch deskach teraz, jako o symbolu religijnym jest totalnym nieporozumieniem i wręcz obraża moje uczucia religijne. Przy okazji znów okazuje się, że Kalwin miał rację ucząc, jak łatwo i szybko nawet z najszalchetniejszej sprawy czy symbolu religijnego czynimy sobie bałwana.

Rząd okazał się totalnie tchórzyliwy. Ustąpienie garstce fanatyków i manipulatorów i osobom ewidentnie łamiących prawo, to gorzej niż zbrodnia. To błąd. Teraz ich już nic nie zadowoli. Ten cyrk będzie się rozkręcał. Aż brat Jarek się zmiłuje i porzuci krzyż tak szybko jak porzucił p. Kluzik Rostkowską.

Nie tylko jednak rząd jest tchórzyliwy. Tchórzami okazali się rzymskokatoliccy biskupi warszawscy: Nycz, Hoser. Gdy chodzi o wygodną i łatwą i przed kamerami "obronę krzyża" przed "pogańskim" Trybunałem w Strasburgu, to biskupów nie sposób powstrzymać przed pędem na szkło. Ale gdy chodzi o prawdziwą obronę krzyża przed faktycznym znieważaniem przez fanatyków - wtedy jakoś dziwnie tchórzliwie wysyłają kleryków, a sami niczym Piłat umywają ręce. Trudno nadążyć za ich rozumowaniem - kiedy krzyż jest symbolem wiary, a kiedy nie.

Nie mamy rządu, ani biskupów - tylko koniunkturalistów i tchórzy. Nie mamy krzyża tylko totem. Witamy w Polsce w XXI wieku.