Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
piątek, 31 sierpnia 2007
Złoty PiSuar za sierpień 2007

Nasz konkurs robi się z miesiąca na miesiąc coraz trudniejszy, bo nasz Wielki Rząd dba o to, by Polska rosła w siłę a społeczeństwo w dostatek. Przypominam tylko, że jeszcze miesiąc temu wygrali „inni szatani” i to w ostatniej chwili – bo rząd jest w stanie coś wywinąć nawet w ostatnim dniu miesiąca.

A zatem tak: bez dwóch zdań, Złoty PiSuar za Wakacje 2007 dostaje brat Jarosław za udowodnienie nam ponownie, że dno to jest całe kilometry nad nami. A my jesteśmy w IV Rzes RP. Dzięki niemu, w te wakacje nie poznaliśmy co to takiego sezon ogórkowy.                 

A teraz kandydatury mniejsze, bo pamiętajmy o tym, że tylko brat Jarosław jest Wielki, do Złotego PiSuaru za sierpień 2007:

1. Wypowiedź RPD p. Sowińskiej i laureatki Złotego Pisuaru, że studentki rodząc przekazują „ ogromny potencjał intelektualny dziecku”. Te które rodzą później, rodzą (przez dorozumienie) dzieci głupsze, ale to nic straconego, dzięki temu elektorat PiSuaru i brunatnego Romka rośnie...

2. Dotacja Ministrstwa Wyższej Edukacji dla Szkoły Medialnej ojca Tadeo. Bo wiadomo, że okradłwszy ludzi pod pretekstem zbiórki na stocznię gdańską, ojciec Tadeusz musi z czegoś żyć. Na przykład z dotacji świeckiego państwa.

3. brat Jarosław, za wypowiedź o tym, że Kaczmarek jest dowodem na istnienie układu. Oczywiście, są i inne analogie: Maciej Giertych jest dowodem na to, że neandertalczycy żyją i dziś, a Lech Kaczyński na to, że doktorat o niczym nie świadczy – no, ale od razu żeby układ? Ja myślałem, że to Michnik jest dowodem na istnienie układu.

4. Rada Miejska Torunia za przyznanie bratu Jarosławowi medalu im. Samuela Bogusława Lindego za szczególne osiągnięcia dla języka polskiego. Za Blog.FM, medal przyznano: „człowiekowi, który wypowiada się publicznie między innymi tak: podjełem, palaka, precz z komunom, susznie, przede wszystkiem, optymiz, wiedzom, chcom, opiniom publicznom, tą dyskusję, nie suchał, przyłanczać, patalogia, mamy spadającą ludność, dzisiej, chodzieo to. I żeby tego było mało, to nie zna tekstu Mazurka Dąbrowskiego. I jeszcze "wogle".” Tym samym bohaterska Rada Miejska Torunia udowodniła, że w Polsce homofobii nie ma, skoro można tak publicznie zrobić wazeliniarski tekst bratu Jarosławowi.”

Ufff. To tylko najważniejsze nominacje! Politykom Wielkiego PiSuaru dziękujemy i prosimy o jeszcze! I czekam na wasze głosy do przyszłego piątku!

czwartek, 30 sierpnia 2007
IV RP w natarciu

Szok. Zdumienie. Panika.

Brat Jarosław przyznał, że nie jest nieomylny. JAK TO SIĘ Q**** STAŁO?? Przecież w nim jest samo dobro! A błogosławi mu

Staram się nie ulegać panice, ani paranoi, ale nie wierzę by obóz Wielkiego PiSuaru oddał dobrowolnie władzę. Sądzę, że dzisiejszy przekręt z zatrzymaniem Kaczmarka, to jest wstęp tego, co nas czeka.

A tak a propos dzisiaj: koleżanka powiedziała, że trzeba się malować przed pójściem spać, bo nie wiadomo, czy nas nie obudzą kamery i ABW i głupio tak wypaść bez makijażu.

wtorek, 28 sierpnia 2007
Donald odkrył, że Duck oszalał

 

Donald Tusk z PO jak zawsze obudził się po latach i odkrywa Amerykę. Premier brat Jarosław ma problemy psychiczne. Dopiero teraz to odkrył??

Brat Jarosław ma zauważalne od lat objawy paranoi, obsesji natręctw oraz kilka innych chorób. Przypominam tylko, że jest to „wielki przyjaciel” JMRokity. I ciągle nie możemy się doczekać deklaracji, że PO odstawi PiSuarczyków od koryta po wyborach.

A na razie obserwujemy „filipinki” Edgara Gosia, Ludwika „burej-suki” Doorna oraz innych tuzów Wielkiego PiSuaru....

Pozdrawiam z USA!

niedziela, 26 sierpnia 2007
Zamek w Gołuchowie, czyli pomnik Izabeli Czartoryskiej (cz. II)

Jak należało się spodziewać, za nową Ojczyzną nie przepadała. Dokuczała przede wszystkim dość dyskfuncyjna rodzina Działyńskich, gdzie teść i teściowa oraz liczne szwagierki nie cierpieli swojej nowej bratowej i synowej. Guwerner w domu jednej z nich pisał „Wysokie towarzystwo poznańskie zaczyna się czuć bardzo obrażone braniem się młodej hrabiny (...) Szczególnie za ów wieczór, na który sproszono wszystkie polskie znakomitości (...) Damy nie mogą darować pani Janowej, że zaraz po kolacji, nie pożegnawszy się z nimi, wyszła i nie wróciła więcej.” O niechęci klanu Działyńskich świadczy wymownie fakt, że w swoich pamiętnikach panie z Kórnika (rezydencja Działyńskich) o swojej bratowej albo nie wspominają w ogóle, albo jednym (dosłownie!) zdaniem. Możemy tylko się domyślać, co czuła młoda i piękna kobieta, zamężna z mężczyzną, który budził jej awersję, wygnana na sam kraniec Wielkopolski, z daleka od Paryża, zostawiona na pastwę rodziny, która ją nienawidziła.

Musimy tutaj dotknąć sprawy bolesnej i intymnej, ale bez której nie zrozumiemy istoty tragedii Izabeli. Otóż jej małżeństwo z Janem pozostało małżeństwem „białym”, czyli nieskonsumowanym. Fakt, ten bulwersował zarówno współczesnych jak i potomnych. Wynajdowano na usprawiedliwienie zupełnie idiotyczne, ale w bardzo polskim stylu, wytłumaczenia graniczące z głupotą: „poróżniła ich wizja sposobu odzyskania niepodległości przez Polskę” – to moje ulubione; „Jan ślubował czystość po tym, jak go rzuciła Maria z Kwileckich Mańkowska, a Izabela była zakochana w księciu Plon-Plon”. Doprawdy, trudno uwierzyć w te nonsensy. Wszystko wskazuje, że małżeństwo pozostało nieskonsumowane na skutek cichej umowy obu stron. Dlaczego? Na 100% nie wiadomo, ale znamienne są dwa fakty: Janowi Działyńskiemu nigdy nie przypisywano większego zainteresowania kobietami. Pani Mańkowska pojawia się dopiero po wielu latach, by usprawiedliwić fakt, że ostatni dziedzic rodu Działyńskich dobrowolnie zgodził się na jego wygaśnięcie. Nie chcę sugerować homoseksualizmu Jana (choć nie uważam tego za nic złego), ale być może niezwykle władcza i dominująca matka oraz apodyktyczny ojciec sprawiły, że Jan pędu do założenia „podstawowej komórki społecznej” nie miał. Jeszcze ciekawiej przedstawia się sprawa Izabeli, która nigdy nie wspomina w żadnym liście o fascynacji mężczyzną – ani Janem, ani tym bardziej otyłym i głupim księciem Plon-Plon. Natomiast przez wiele lat prowadziła bardzo osobistą i intensywną uczuciowo korespondencję z przyjaciółką z Paryża, Josephine Rousset. Choć bez wątpienia konwenanse epoki, surowość przykazań katolicyzmu nie pozwalały na nic więcej niż przyjaźń, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że księżniczkę Izabelę mężczyźni nie interesowali. Być może w innych czasach i okolicznościach, mogli by się związać z kimś, kogo kochali. I tyle.

Wracajmy do Izabeli w 1857 roku. Skazana na białe małżeństwo do końca życia, z mężczyzną, który budził w niej wstręt, przybywa do Gołuchowa. W liście do ojca tak opisuje ten zamek: „Gołuchów wygląda jak siedziba niedużej kasztelanii w Średniowieczu po ataku i złupieniu. Schody nie istnieją, wieże nie posiadają dachów, mury obronne leżą na ziemi, aż trudno uwierzyć, że w takich ruinach można zamieszkać.” Warto dodać, że pieniędzy na remont Gołuchowa nie pożyczył synowi Tytus hr. Działyński (teść), by syn „nie zhardział zanadto”. Ta beznadziejna rezygnacja Jana wobec tyranii ojca budzić mogła w Izabeli tylko politowanie i irytację. Pomimo fatalnego stanu zamku, jednocześnie rodzi się zainteresowanie Izabeli tym majątkiem. Chce go odnowić i zaczyna sprowadzać tutaj niektóre meble z majątków Czartoryskich w Rosji (znowu te stosunki babki!). W 1858 roku książę Adam Czartoryski przybywa do Gołuchowa i spotyka się z wielkopolskim ziemiaństwem. Podczas spotkania okazuje się jasne, że idolem Wielkopolan nie będzie. Może też z bliska obserwować katastrofę małżeństwa córki. Notuje to ze smutkiem, ale siebie za nic nie wini. Błogosławiona ta niewinność mężczyzn w XIX wieku!

Pobyt Izabeli i Jana w Gołuchowie nie trwał jednak długo, bo w 1860 roku Jan musiał oddać majątek w dzierżawę, a Izabela wyrwała się do rodziny do Paryża. Gdy wybuchło powstanie styczniowe, Jan Działyński pożyczył od żony niebagatelną kwotę 100 000 franków na potrzeby Powstania Styczniowego. Gdy i ono upadło, Jana zaocznie skazano na śmierć w Prusach i na konfiskatę majątków (około 10 000 ha). Przez kolejnych kilka lat małżonkowie żyli razem w Paryżu, aż wyroku nie anulowano dzięki koneksjom rodzinnym Czartoryskich. W 1861 roku umiera ojciec Izabeli, którego uwielbiała do końca życia, a w 1863 roku jej matka. Choć głową rodu jest teoretycznie jej brat Władysław ożeniony z Burbonówną, to jednak sama Izabela prowadzi Hotel Lambert, gdzie przyjmuje gości w poniedziałek wieczorem i gdzie ci tytułują ją „księżną” nie hrabiną.

Izabela dalej nie cierpiała męża i krytykowała go na każdym kroku i za wszystko. Jan popadał w coraz większe kompleksy, i nie ułatwiała mu życia ciągle piękna, ale gorzkniejąca żona. Ostatecznie w 1870 roku wymusiła na nim zapis majętności Gołuchowa – około 900 ha, w zamian za anulowanie długu. Majątek stał się jej wyłączną własnością, mogła nim dysponować do woli. To dość upokarzające rozwiązanie paradoksalnie chyba polepszyło stosunki małżonków i w tych latach doszło między nimi do pewnego zbliżenia. Połączyła ich pasja zbieraczy antyków i dzieł sztuki: on do swojego pałacu w Kórniku, ona do Gołuchowa. Zwykle krytyczna wobec męża Izabela, dawała mu wolną rękę w zakupach dzieł sztuki zdając się na jego dobry gust.

W 1875 roku rusza odbudowa i przebudowa Gołuchowa. Izabela wynajmuje francuskiego architekta, który ma zamek odnowić w stylu renesansu znanego z zamków nad Loarą. W samym zamku ma być prezentowana zebrana przez Izabelę kolekcja dzieł sztuki, w szczególności antycznych waz greckich. Wokół zamku powstaje park angielski, zaprojektowany przy udziale samego hrabiego Jana, który razem z dość rozbawioną żoną sadzi kilka drzew osobiście. Prace w zamku trwają do 1890 roku i pochłaniają ogromne kwoty pieniędzy.

W 1880 roku umiera nagle hrabia Jan Działyński. Zgodnie z testamentem, jego dobra w całości, z wyłączeniem żony i innych spadkobierców, przechodzą na jednego siostrzeńca Władysława Zamoyskiego. Co znamienne, w zamku kórnickim nie ma nawet jednego portretu księżnej Izabeli, w końcu ostatniej hrabiny Działyńskiej. Co czuła ona sama? Podobno rozpaczała przy trumnie męża. Jest to bardzo prawdopodobne. Zygmunt II August też płakał na wieść o śmierci trzeciej żony, od której przez 20 lat starał się uwolnić. Być może Izabela miała podobne uczucia – żal straconych lat, żal próżnych uczuć, żal niespełnionych marzeń i żal po stracie osoby, do której się przywiązała wbrew swej woli... Miała wtedy 50 lat.

Ostatnie lata swojego życia spędziła na dalszym gromadzeniu dzieł sztuki dla zamku w Gołuchowie, gdzie mieszkała tylko czasami. Przy całej swojej pasji do tego miejsca, uciekała z niego do Paryża i Włoch, gdzie się wychowała i skąd miała najlepsze wspomnienia. A w końcu Gołuchów zobaczyła po raz pierwszy w podróży poślubnej... Swoje zbiory kataloguje z pomocą profesjonalnych historyków sztuki i katalogi wydaje we Francji by te zbiory popularyzować. Chce je udostępnić szerszej publiczności. Dlatego w 1883 roku powołuje do istnienia Ordynację Gołuchowską. Było to nie lada osiągnięcie, gdyż władze pruskie niechętnie patrzyły na tworzenie ordynacji przez Polaków – była to ostatnia ordynacja przez nich zatwierdzona. W jej statucie, władczym tonem typowym i absolutnie stosownym dla jej rodu Izabela pisze:

Na zamku w Gołuchowie (...) umieściłam zbiór dzieł sztuki różnego rodzaju, który zbierałam w długim lat szeregu. Życzeniem jest moim, aby te dzieła sztuki się nie rozproszyły i aby zbiór ten zachował się pełny i cały po wieczne czasy. Spodziewam się, że zbiór ten powyższy ogółowi pożytek przyniesie wywołując i podnosząc upodobanie do sztuki i zmysł piękna.” Ordynację mieli dziedziczyć członkowie rodziny Czartoryskich, z absolutnym wyłączeniem kobiet.

Piękna Izabela zmarła w 1899 roku w Mentonie. Stamtąd ciało jej sprowadzono do Gołuchowa, gdzie po wystawieniu ich na widok publiczny przez kilka miesięcy, została pochowana w wybudowanej przez siebie kaplicy przyzamkowej. Tak odeszła jedna z Polek najwybitniejszych w XIX wieku, która pomimo osobistych tragedii i przeciwności, stworzyła jedną z najważniejszych i najlepszych prywatnych kolekcji dzieł sztuki w kraju. Niestety, brak „oddania” mężowi uchodzącemu za bohatera narodowego, pewien kosmopolityzm, oraz dość nieprawomyślne jak na kobietę życie osobiste (mężczyznom wybaczamy tego typu słabości) sprawiły, że zapomniano o niej do tego stopnia, że nawet nie ma własnego biogramu w Polskim Słowniku Biograficznym. Jak pisze autorka jednego ze szkiców o Izabeli: „widać większą zasługą i tytułem do chwały jest dla kobiety przykucie do siebie – choćby przelotnie – wybitnego mężczyzny, niż stworzenie wybitnego muzeum (potwierdza tę prawidłowość zamieszczanie w encyklopediach biogramu Marii Walewskiej.)”

Ordynacja Gołuchowska istniała do 1945 roku. Wybrany przez Izabelę na I ordynata książę Witold Czartoryski (1876-1911) był tak jak ona wybitnym kolekcjonerem dzieł sztuki i dalej pomnażał zbiory gołuchowskie. Zmarł młodo w stanie kawalerskim i ordynacja przeszła na jego brata księcia Adama Ludwika Czartoryskiego (1872-1937) I ordynata na Sieniawie. Jego żoną była słynna z piękności i doskonałych manier księżna Maria z hr. Krasińskich (1883-1958). Trzecim i ostatnim ordynatem na Gołuchowie był ich syn książę Władysław Czartoryski (1918-1978), zmarły na emigracji w Hiszpanii. Podobnie jak stryj i stryjeczna babcia, nie miał potomstwa. Zrabowana podczas II Wojny Światowej kolekcja gołuchowska uległa w znacznej mierze rozproszeniu. Dziś można podziwiać jej część na zamku, który jednak jest wart  odwiedzenia chociażby przez samą swoją urodę i położenie. Niestety, nie ma swojej strony internetowej.

Ostatnia rzecz godna uwagi: życzeniem Izabeli było, by ordynaci gołuchowscy byli chowani koło niej w kaplicy przy zamku. Jak gdyby chciała być blisko tej jedynej rodziny, jaką miała i kochała. Tak się jednak złożyło, że w kaplicy leży tylko ona sama. Wyjątkowa piękność, inteligentna, wrażliwa, ambitna, twórczyni muzeum i odnowicielka Gołuchowa, jedna z najwybitniejszych osób w rodzie Czartoryskich, równie samotna po śmierci, co za życia.

Jeśli zdarzy wam się odwiedzić Gołuchów i park, podziwiając piękno i smak jej dzieła, wspomnijcie i ją samą i „westchnijcie za nią do Boga.”

http://www.mnp.art.pl/oddzialy/goluchow/index.php

 

 

 

Zamek w Gołuchowie, czyli pomnik Izabeli Czartoryskiej (cz.I)

W młodości nazywano ją „księżniczką rewolucji”, gdyż urodziła się zaraz po wybuchu Powstania Listopadowego, którym kierował wbrew własnym chęciom jej ojciec, książę Adam Jerzy Czartoryski. Z czasem zamieniono to na mniej pochlebne określenia, jak „Panna Lodowata”, gdyż nasza bohaterka odmówiła podporządkowania się schematom epoki. Umarła samotna i samotnie spoczęła w kaplicy przy zamku w Gołuchowie, swoim „paradis terrestre”, który z taką pieczołowitością budowała. Mowa o Izabeli z książąt Czartoryskich Działyńskiej (1830-1899), jednej z największych i najbardziej zapomnianych Polek XIX wieku.

Rodzina Czartoryskich słynęła z energicznych kobiet: Konstancję z Czartoryskich Poniatowską uważano za głowę Familii; w kolejnym pokoleniu zasłynęły serdecznie się nienawidzące szwagierki Elżbieta z Czartoryskich Lubomirska (twórczyni Ordynacji Łańcuckiej) oraz Izabela z Flemingów Czartoryska (twórczyni Puław), znana z niesłychanej inteligencji i XVIII- wiecznej swobody obyczajów – jej to wnuczką była nasza Izabela. Ale również ze strony matki Izabela miała co najmniej jedną wybitną kobietę: jej babka Anna z Zamoyskich Sapieżyna (1794-1859) była wielką przyjaciółką cesarzowej rosyjskiej Charlotty, żony cara Mikołaja I. Gdy zarówno jej syn Leon Sapieha (1802-1878), jak i zięć Adam Czartoryski wzięli udział w bezsensownym Powstaniu Listopadowym, Anna pozostała w Petersburgu, by tam osłabiać gniew imperatora. Dzięki jej koneksjom konfiskata ogromnych majątków sapieżyńskich i czartoryskich nastąpiła dopiero oficjalnie kilka lat po upadku powstania. Dzięki temu uratowano przynajmniej cześć kolekcji rodzinnych. Jej samej car Mikołaj I na skutek próśb żony pozwolił zarządzać dożywotnio tymi latyfundiami, dzięki czemu Anna mogła kolosalne sumy przekazywać swoim dzieciom na wygnaniu. Mikołaj o tym wiedział doskonale i nie robił nic, by temu procederowi położyć kres. Księżna Anna Sapieżyna okazała się zresztą fenomenalnym inwestorem giełdowym. Wywiezione pieniądze tak sprytnie inwestowała w akcje, papiery wartościowe i nieruchomości, że zrujnowanemu synowi kupiła ogromne dobra Krasiczyn w Galicji, a zięciowi nabyła Hotel Lambert w Paryżu. Jednego tylko odmawiała: finansowania jego politycznych działań na emigracji – wystarczy, że na polskie mrzonki o powstaniu przepadły ogromne dobra Sapiehów i Czartoryskich w Rosji – ile można?

To właśnie pod czujnym okiem Adama Jerzego, matki i babki wyrastała księżniczka Izabela. Podkreślano jej inteligencję, smak i obycie towarzyskie – w XIX wieku nie wypadało tego powiedzieć wprost, ale była bez wątpienia najzdolniejszym dzieckiem księcia Adama, deklasując swojego leniwego brata Witolda i poczciwego Władysława. Była piękna, inteligentna i ambitna, ale miała jedną wadę nie do przeskoczenia – była tylko kobietą. Była, jak mówiono wtedy i niektórzy dzisiaj u progu XXI wieku, „powołana do małżeństwa.” I tutaj przejawiała się jej największa tragedia: kandydaci. Podobno książę Adam chciał ją wydać za księcia Napoleona „Plon-Plon”, którego przydomek chyba najdobitniej określa walory jego charakteru. Cesarz Napoleon III nie wyraził na to małżeństwo zgody z powodów politycznych. Potem o jej rękę starał się książę Jerzy Lubomirski, który choć był inteligentny i wykształcony, to miał jednak tę wadę, że był biseksualny i próżny. Kolejnym kandydatem do jej ręki był generał Władysław Zamoyski, jej kuzyn, któremu jednak kazano się pożegnać z tymi marzeniami – poślubił z czasem swoją siostrzenicę Jadwigę z Działyńskich. Ostatecznie około 1850 roku wysunięto projekt wydania Izabeli za hrabiego Jana Działyńskiego (1829-1880) z Wielkopolski. Początkowo nie był on traktowany poważnie, ale około 1854 roku książę Adam ubzdurał sobie, że przez ślub Izabeli z Janem zdoła rozszerzyć swoje wpływy także i na Wielkopolskę. To przypieczętowało los młodej księżniczki.

Rozpoczęły się naciski na Izabelę. Na próżno wymawiała się od małżeństwa, twierdząc, że ma większe powołanie do zakonu, niż małżeństwa. Na próżno wskazywała, że do Jana Działyńskiego nie czuje niczego innego niż niechęć. Na próżno zwracała uwagę, że i Jan oświadczył się jej tylko na skutek wyraźnego polecenia swojego ojca, który go tyranizował przez całe życie i któremu nigdy nie umiał się przeciwstawić, i że sam Jan do małżeństwa żadnego, ale to żadnego pociągu nie czuje. Wreszcie, w geście rozpaczy wskazywała, że Jan Działyński nie nadaje się na lidera partii „czartoryskiej” w Wielkopolsce, gdyż jest zupełnie pozbawiony instynktu politycznego. Wszystko to na próżno: w 1855 ogłoszono zaręczyny i po dwóch latach odwlekania i pasywnego oporu Izabeli, wyszła za mąż za hrabiego Jana w dniu 21 lutego 1857 roku w Paryżu. W parę miesięcy po ślubie wyjechała z mężem do Wielkopolski.

CDN.

czwartek, 23 sierpnia 2007
Prawdomówny Kurski

Aż brakuje słów by skomentować, to co się dzieje w polskim piekiełku (konającej IV RP) tak, by nie używać inwektyw.

Powiem więc za kimś mądrym: oto dożyliśmy do czasów, że się zgodzić musimy z Jackiem Kurskim, który powiedział: " Ciemny naród wszystko kupi"...

Lista nominowanych do Złotego PiSuaru w sierpniu będzie, by zacytować modne słowo ostatnimi czasy, " porażająca"

piątek, 17 sierpnia 2007
Nasila się opór układu…

Tak, tak. Planowany był zamach na Ziobro-Ziobro-Siedem. Dyktafonem. Na ultralewicowe dźwięki. LPR sprowadziła koszernego wieloryba, by dezorganizował pracę polskich rybaków. Janusz Karczmarek niecnie omotał swoim wdziękiem brata Jarosława K. i ten się nie spostrzegł, że macają go macki układu.

Na szczęscie przyszło słońce i nastapiła demonstracja siły IV RP. Lech II wziął coś na przeczyszczenie i nawet przedefilował w czołgu. Karczmarka zastąpił pan, wzrostem przypominający Giertycha, więc bratu Jarosławowi nie jest smutno i ma na kim oko zawiesić. Minister Fatyga przypomniała zaś, że Niemcy są naszym „odwiecznym wrogiem” – odwiecznym, bo od czasów Wandy, Kraka i dinozaurów.

Ale nie łudźmy się: wraz ze zbliżaniem się do IV RP, nasilać się będzie walka klas, tfu, walka układu.

Jak mawiają przekupki na rynku bałuckim w Łodzi: „ Tak się będzie działo dopóki będą zabijać dzieci nienarodzone.”

czwartek, 16 sierpnia 2007
Perypetie panów (i pań) na Rogalinie (cz.II)

Rogalin i inne dobra odziedziczył ich syn jedynak Roger Raczyński (1820-1867). Stryj Atanazy wytoczył mu proces o majątek, twierdząc, że jako syn przedślubny nie może dziedziczyć, co sąd pruski praworządnie oddalił, stwierdzając, że legitymuje go późniejszy ślub rodziców. Bratanek nie lubił stryja i kiedyś dość złośliwie go opisał w liście do matki, która zachwycona stylem syna, w przypływie idiotyzmu, list przepisała i posłała Atanazemu. Stosunki stały się lodowate. I nie polepszyły się, kiedy Roger wziął udział w powstaniu wielkopolskim, co omal nie przypłacił utratą wszystkich majątków, ale co zmusiło go do czasowej emigracji. Ale do zerwania doszło z przyczyn matrymonialnych. Otóż około 1846 roku Roger poznał piękną Zenaidę z Hołyńskich księżną Lubomirską (1820-1893). Wywiązał się romans, który zaowocował „chorobą dziewięciu miesięcy.” Książę Lubomirski kategorycznie odmówił uznania dziecka, urodzonego w 1847 roku Edwarda. Wówczas Roger wziął się na sposób. Poślubił w 1850 roku mieszczankę drezdeńską Marię Gotschall (1822-1851), która następnie przed notariuszem zeznała, że trzyletni Edward jest synem jej i jej męża zrodzonym przed ślubem. Nie wiadomo, co bardziej doprowadziło do pasji sędziwego Atanazeogo: małżeństwo totalnie formalne, czy też bratanica mieszczanka i protestantka, czy też kolejny nieślubny Raczyński. Zerwał on wszelkie więzy z rodziną panów na Rogalinie i wydziedziczył ich z praw do ordynacji obrzyckiej, zapisując ją dalekim kuzynom z Kurlandzkiej linii. Co ciekawe, we wspomnieniach o rodzinie Raczyńskich, wnuk Rogera, nawet słowem nie zająknął się o swojej babce – ani tej prawdziwej (ks. Lubomisrskiej), ani tej fikcyjnej (Gotschall). Wspominał za to bardzo ciepło, drugą żonę (od 1862 roku) Rogera i jego siostrzenicę (!), Konstancję z Lachamnów (1834-1874), która po rychłej śmierci męża, przez lata urządzała seanse spirytystyczne, rozmawiając z nim zza grobu i która, o dziwo, w wyniku tego zupełnie zdziwaczała (delikatnie rzecz biorąc). Dzieci nie mieli.

Piękny pałac w Rogalinie odziedziczył Edward Aleksander Raczyński (1847-1926), o którym obszernie pisze we wspomnieniach jego syn, więc nie będę się rozpisywał. I on kontynuował tradycję niekonwencjonalnych małżeństw rodzinnych. Oto bowiem zakochał się w synowej poety Zygmunta Krasickiego, Róży z Potockich Krasińskiej (1849-1937). Jednak na skutek czy to naiwności, czy też lenistwa oficjalnie się „nie rozmówili” i korzystając z „okienka”, oświadczyła mu się córka Zygmunta, Maria hrabianka Krasińska (1850-1884), którą nieborak poślubił. Małżeństwo było totalną katastrofą, gdyż Maria była dwulicową, zazdrosną intrygantką – być może wiedziała, że jak wszyscy w jej rodzinie umrze młodo na gruźlicę. Po paru latach czując, że choroba i ją powoli pożera, popadła w nałóg morfiny, który jej życie skrócił jeszcze bardziej. Zmarła z przedawkowania w Trydencie, zostawiając jednego syna Karola Raczyńskiego (1878-1946). Po stosownym roku żałoby Edward poślubił w 1886 swoją ukochaną Różę, która stała się nową panią na Rogalinie. W pałacu zaroiło się od dzieci: małych Krasińskich (dzieci Róży z pierwszego małżeństwa), oraz dwóch Raczyńskich urodzonych Róży i Edwardowi. Roża Raczyńska stała się prawdziwą cesarzową rodu i to ona decydowała, kto zrobi jaką karierę. Uważała się za strażniczkę tradycji Raczyńskich i Krasińskich, szczególnie, że to jej, jak zawsze podkreślała, Delfina Potocka zostawiła korespondencję ze swoim wieszczem. Janina z Puttkamerów Żóltowska, której dzienniki poznańskie są wypisem złośliwych uwag pod adresem wszystkich i wszystkiego oprócz niej samej, o Róży Raczyńskiej miała jednak dobre zdanie i pozytywnie opisywała swój pobyt w Rogalinie.

Ale i w ostatnim pokoleniu rodzina Raczyńskich postanowiła wykazać się na polu matrymonialnym. Najstarszy syn Róży, Adam hr. Krasiński, IV ordynat na Opionogórze, poślubił inteligentną Wandę z Badenich, ale zmarł młodo i bezpotomnie w 1909 na dziedziczną w rodzinie gruźlicę. Jego siostra Elżbieta poślubiła Jana Tyszkiewicza z Waki, ale i ona zmarła młodo, pozostawiając gromadkę dzieci na wychowanie babce w Rogalinie. Z nich Michał hr. Tyszkiewicz (1903-1973) zasłynął w 1931 roku, gdy poślubił Hankę Ordonównę (1902-1949), aktorkę i piosenkarkę. Rodzina robiła dobrą minę do złej gry, ale Róża skomentowała ten ślub krótkim: „mój głupi wnuk!”.

Jej najstarszy syn z drugiego małżeństwa Roger hr. Raczyński (1889-1945) i formalnie ostatni właściciel Rogalina, był wojewodą poznańskim, potem ambasadorem w Bukareszcie. Prowadził się dość swobodnie – czy też jak mawia się o mężczyznach „miał powodzenie”. Wreszcie poślubił ku rozpaczy matki rozwódkę, Helenę Rohozińską (1892-1966). Nie mieli dzieci.

Jego młodszy brat Edward Bernard Raczyński (1891-1993) poślubił najpierw angielską arystokratkę Joyous Marham (1902-1931). Lloyd George, nie lubiący Polaków, ale zaproszony na ślub podobno nie podał panu młodemu ręki. Po jej śmierci poślubił w 1932 roku Cecylię Jaroszyńską (1906-1962), z którą miał trzy córki.

W 1939 roku gdy Niemcy zajęli Rogalin, rodzina Raczyńskich znalazła się w większości poza granicami kraju. Pałac w Rogalinie przeznaczono na szkołę dla Hitler Jugend, którzy rozpoczęli systematyczną dewastację pałacu. Wówczas część zbiorów uratował Niemiec, syn III ordynata na Obrzycku Joseph Graf von Raczyński (1914-1996), wywożąc je do pałacu w Obrzycku i tam ukrywając przed Gestapo. Udało mu się także uratować część Biblioteki Raczyńskich z Poznania – reszta spłonęła podczas oblężenia miasta w 1945 roku. Spłonęła także część kolekcji obrazów Raczyńskich, przekazana do Muzeum Narodowego w Warszawie. Resztę można podziwiać w galerii w pałacu. Więcej zbiorów nie udało się uratować, gdyż i niemiecka linia rodu musiała się ukrywać z czasem przed Gestapo, które najprawdopodobniej zamordowało brata hr. Josepha, hr. Andreasa von Raczyńskiego w 1945 roku. Po 1945 Rogalin zamieniono na filię Muzeum Narodowego w Poznaniu, zwożąc tutaj meble z „rozparcelowanych” dworów z całej Wielkopolski.

Tymczasem za granicą umierali powoli Raczyńscy z Rogalina: w 1945 roku w Atenach, hr. Roger; w 1958 roku w Londynie syn Karola i Stefanii z książąt Czetwertyńskich (1879-1948), hr. Roger Raczyński (1909-1958); w 1962 roku hrabina Cecylia z Jaroszyńskich; w 1966 roku w Paryżu hrabina Helena z Rohozińskich Raczyńska. Z rodziny pozostali tylko hrabia Edward i jego trzy córki. W l. 1979-1986 Edward hr. Raczyński pełnił urząd Prezydenta RP na Uchodźstwie. Gdy zmieniła się sytuacja polityczna, przyjechał znowu do Polski, choć mieszkał do końca życia w Londynie.

Jako ostatni z rodu musiał być wierny tradycji: na dzień przed swoimi 100. urodzinami (!) poślubił w Londynie Anielę z Lilpopów 1 voto Mieczysławską (1910-1997), wywodzącą się z rodziny ewangelickich przemysłowców Warszawy. Tym samym ustawił poprzeczkę niezwykle wysoko: któż bowiem pobije jego wyczyn ślubu w wieku 100 lat?

Ostatni z polskiej linii hrabiów Raczyńskich (niemiecka żyje obecnie w Chile i RFN), jego dwie ostatnie żony, i ostatnie hrabiny Raczyńskie, spoczęli w podziemiach kościoła w Rogalinie, przy innych członkach rodu. Tym samym dobiegła końca historia właścicieli Rogalina i ich dość nietypowych perypetii małżeńskich, które oglądały ściany tego pięknego pałacu od 1770 roku.

Odwiedźcie kiedyś Rogalin.

http://free.art.pl/rogalin/

http://www.mnp.art.pl/oddzialy/rogalin/

Perypetie panów (i pań) na Rogalinie (cz. I)

W minioną niedzielę razem z Rafałem wybrałem się do położonego pod samym Poznaniem pałacu hrabiów Raczyńskich w Rogalinie. Jeśli pominąć fatalne oznakowanie zjazdu z autostrady oraz jeszcze gorsze, bo nie istniejące oznakowanie drogi do samego pałacu, podróż odbyła się bez większych przeszkód. I tak oto, gdzieś w okolicy pięknego i słonecznego niedzielnego południa, stanęliśmy przed jednym z najpiękniejszych pałaców Wielkopolski.

Rogalin.

Przez wiele lat miejscowość tę możnaby określić dosadnie jako dziurę. Nawet kościół wybudowano w Rohgalinku, a nie w samym Rogalinie, choć zapewne nie bez znaczenia mógł tu być fakt, że aż do końca XVIII wieku ta miejscowość znajdowała się w posiadaniu reformowanej szlachty: Arciszewskich, Unrugów, Szlichtyngów. Jednak gdzieś na pod koniec XVIII wieku przejeżdżał nią Kazimierz Raczyński.

Kazimierz Raczyński (1739-1824) wywodził się ze starej wielkopolskiej rodziny, która choć i owszem osiągała krzesła senatorskie, ale jakoś nie wyrosła ponad przeciętność do połowy XVIII wieku. Być może obecność takich rodów jak Leszczyńscy, Opalińscy i Sułkowscy spychała ich w cień. Jednak to właśnie Kazimierz Raczyński, sprzedawszy swoje majątki na północy Wielkopolski zakochał się w tej odludnej miejscowości i nabył ją w 1770 roku. Przy pomocy kuzyna, arcybiskupa gnieźnieńskiego Ignacego, rozpoczął robienie zawrotnej kariery, stając się w 1774 starostą generalnym Wielkopolski. Był typowym arystokratą z końca XVIII wieku. Solidarność wyrażał z porządkiem ancien – regimu, a nie z Polską czy jakimś innym narodem. Stąd jak wielu mu podobnych nie gardził pensją od rządu rosyjskiego, która choć częściowo pozwoliła mu sfinansować przebudowę dworku w Rogalinie w piękny, romantyczny pałac w stylu francuskim. Wykorzystując oryginalne położenie na wzgórzu oraz szczątki puszczy dębowej (słynne dęby rogalińskie) pałac pięknie nabiera wyjątkowo wytwornego wyglądu zarówno od strony podjazdu, jak i ogrodu. Zaledwie wybudowawszy dom przeniósł się Raczyński do Warszawy z rodziną, gdzie zasłynął jako przeciwnik Konstytucji 3 Maja i Targowiczanin. Od powieszenia razem z hetmanami w 1794 roku uratowała go w ostatniej chwili ucieczka ze stolicy. Powróciwszy do Wielkopolski stał się tak gorliwym poddanym Króla Prus, że ten nadał mu w 1798 roku dziedziczny tytuł hrabiowski. Przy wszystkich swoich wadach, uchodził za znakomitego marszałka nadwornego, który wyjątkowo uczciwie egzekwował prawo w stolicy i który zaprowadził w niej na modę francuską latarnie uliczne. Końcówkę życia spędził w swoim pałacu w samotności wychowując swoich wnuków. Zmarł w Rogalinie i został pochowany w pięknej kaplicy wybudowanej przez siebie nieopodal pałacu w stylu neoklasycystycznym (obecnie jest to kościół).

Kazimierz Raczyński miał jeden problem: nie miał syna, lecz jedynie dwie piękne i dość swobodne córki. Bardzo wcześnie postanowił jedną z nich wydać za mąż za swojego kuzyna Filipa Raczyńskiego (1747-1804). Gdy najstarsza Magdalena (późniejsza księżna Lubomirska) odmówiła, wybór padł na piękną Michalinę (1768-1790). Młoda panna bardzo szybko zorientowała się, że małżeństwo z nudnym wujem wyrwie ją ze szponów tyranii ojca i bez trudu przekonała narzeczonego, że jest w nim zakochana. Ślub wzięto szybko i Marcelina rzuciła się w wir uciech życia towarzyskiego. Koniec XVIII wieku skwitował kiedyś książę de Tayllerand, że ten kto nie żył przed 1789 nie wie, czym jest szczęśliwe życie. Marcelina Raczyńska korzystała z niego garściami, co wzbudzać musiało marszczenie brwi przez jej męża. Szeptano nawet, że ich młodszy syn nie jest synem swego oficjalnego ojca, co w tamtych czasach nie stanowiło specjalnej rewelacji. Podobno, gdy się modliła w kościele, to chociaż miała pobożną pozę, czytała rzeczy bynajmniej nie uduchowione włożone w okładki książeczki do nabożeństwa. Gdy umierała w 1790 roku mając zaledwie 22 lata zaszeptała (po francusku): „Czyż jestem tak stara, że czas mi umierać?”. Jej ojciec napisał owdowiałemu zięciowi dosadnie: „Zanudziłeś swoją żonę na śmierć”. Bardziej prawdopodobne jest to, że jej młody organizm wyczerpało pięć ciąż, w ciągu zaledwie 6 lat pożycia. Dwojgiem wnucząt zajmował się najpierw ojciec, a potem dziadek Raczyński. Ten ostatni załatwił im także przed śmiercią rozszerzenie tytułu hrabiowskiego i na nich.

Edwarda (1786-1845) i Atanazego (1788-1874) Raczyńskich wychowywano w domu, gdzie kształcił ich i lał równo kijem, pięścią i dłonią domowy jezuita. Ku zdumieniu potomnych, po tak brutalnej edukacji wyrośli na wykształconych i inteligentnych ludzi. Małżeństwo rodzinne spowodowało jednak, że bracia byli dziwakami. Edward był małomównym, pobożnym introwertykiem, zaś Atanazy był złośliwy, pamiętliwy i zazdrosny. Jego pamiętniki są wprost rajem plotek i doskonałą próbą jego ciętego języka: „Powracam do księżnej Pauliny Borghese. Nasuwa mi się mgliste przypuszczenie, że księżna Paulina zechce ulec fantazji przespania się ze mną.” Obydwaj bracia byli konserwatystami do szpiku kości. Nic w tym dziwnego: odziedziczyli nie tylko tytuł hrabiowski ale także ponad 20 000 ha ziemi, z których części Atanazy utworzył w 1825 roku ordynację obrzycką. Bracia oddawali się pasji zbieractwa: Edward rozpoczął kolekcjonowanie rzadkich polskich ksiąg, map, starodruków, zaś Atanazy malarstwa. Kolekcję tego pierwszego, udostępniono publice w Poznaniu, jako Bibliotekę Raczyńskich, jedną z pierwszych publicznych bibliotek w kraju (1829).

Naturalnie bracia powinni się ożenić. Pierwszy w związek małżeński wstąpił Atanazy, poślubiając w 1816 roku księżniczkę Annę Radziwiłłównę (1785-1879), bratanicę właściciela Nieborowa. Ponieważ rodzina nie kwapiła się wypłatą stosownego posagu, Atanazy pozwał ją do sądu. Ostatecznie otrzymał spore dobra w powiecie Miechowskim w Galicji. Małżeństwo to początkowo bardzo zgodne, nie wytrzymało próby czasu, choć rozwodu oczywiście nie przeprowadzono. Atanazy żonie wypominał romanse bardziej domniemane, niż rzeczywiste, zaś ona chyba musiała mu od czasu do czasu wypomnieć, że urodziła się księżniczką, a jego zrobiono hrabią. Skutek tego był taki, że na odnowionym zamku w Zawadzie, kazał umieścić okolicznościową tablicę z napisem „Anna z Radziwiłłów Raczyńska – właścicielka; Atanazy Raczyński – administrator.” I choć zamek ten spłonął w 1914 roku, akurat ta tablica, szczęśliwie ocalała. Mieli razem dwie córki wydane za arystokratów węgierskich, oraz syna Karola (1817- 1899) II ordynata na Obrzycku, bezpotomnego z niemiecką arystokratką Karoliną księżną Oettingen – Wallerstein (1831-1898).

Równie ciekawe życie osobiste miał Edward Raczyński. Związał się w młodości z córką Szczęsnego Potockiego, Konstancją Potocką (1781-1852) i wdową po Janie Potockim, tym od „Rękopisu odnalezionego w Saragossie.” Z jakiegoś powodu nie akceptował jej jednak sędziwy Kazimierz Raczyński, i para młoda mieszkała bez ślubu na kocią łapę, dochowując się syna Rogera (ur.1820). Ślub wzięli w 1824 i stanowili bardzo dobraną parę, gdyż dobra i łagodna Konstancja wpływała kojąco na coraz bardziej popadającego w depresję męża. Nie lubił jej za to szwagier, który z wrodzoną sobie delikatnością napisał o bratowej: „Pani Janowa Potocka ma dość piękną głowę i wiele świeżości, ale jest bardzo tłusta i kuleje. Pod względem intelektu to nic nadzwyczajnego. Usposobienie ma zmienne: jest władcza i próżna, mówi dużo, niewyraźnie i nieumiejętnie.” Ale małżeństwo było szczęśliwe. Do czasu, gdy Polacy w Poznańskiem nie pokazali swojej małoduszności. Otóż Edward Raczyński przez wiele lat stał na czele komitetu budowy pomnika Bolesława Chrobrego i Mieszka I w katedrze w Poznaniu. Rodacy wiele mówili, ale bardzo mało łożyli i ostatecznie Raczyński z własnej kieszeni wysupłał brakującą połowę na mozaikę i umieścił na cokole napis: „Do tej kaplicy ofiarowuje Edward Nałęcz Raczyński”. I wtedy się zaczęło. Odezwali się wszelkiej maści „obrońcy” i współcześni mu „kombatanci”, że hańba, że prywata, targowica, bo przecież składało się całe społeczeństwo, a ten prywatę urządza. Na próżno Edward tłumaczył, że nic społeczeństwo, tylko on sam z własnej szkatuły. Nic nie pomogło. Zmęczony pomówieniami i ordynarnymi atakami Edward popełnił samobójstwo, strzelając do siebie na wyspie koło Zaniemyśla.

Pogrzeb, o dziwo, miał kościelny. Arcybiskup poznański udał, że wierzy w niepoczytalność w chwili śmierci, a poza tym taki skandal byłby bez pogrzebu kościelnego... Uroczyste egzekwie prowadził sam w katedrze, która wypełnili przyjaciele, znajomi, oraz oczywiście „patrioci”, którzy go de facto zaszczuli. Pochowany został nie w grobowcu rodzinnym w Rogalinie, ale na cmentarzu przykościelnym w Zaniemyślu, gdzie zrozpaczona wdowa (to drugi jej mąż, który popełnił samobójstwo) ufundowała mu grobowiec ze swoją podobizną jako bogini zdrowia Hygei. Napis brzmi: „Tu spoczywa Edward hr. Nałęcz Raczyński, który dla siebie był skąpy, pomocny biednym, hojny dla Ojczyzny.” Jej ból wyraża jej własne epitafium, ułożone przez nią samą: „Żona pilnuje tymczasem zwłok męża i błaga o modlitwy dla niego”. Spoczęła obok niego po latach.

poniedziałek, 13 sierpnia 2007
PiSuarowy Totolotek

Przypominam, że do środy trwa głosowanie na Złoty Pisuar za Lipiec 2007.

W międzyczasie obóz Wielkiego Pisuaru zafundował nam zabawę w totka – komu uwierzyć? Wielokrotnemu przestępcy od Talbów z Klewek, czy tez pseudo-ekspertowi od praw karnego, który ręcznie steruje nawet prywatnymi czynnościami prokuratorów?

Komu wy wierzycie? Bo ja wietrzę w tym jakiś układ….

 

 
1 , 2