Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
czwartek, 24 sierpnia 2006
Marks i Zawisza mają rację

Ogłaszam konkurs na siepniowy Złoty PiSuar. Dwie kandydatury:

 1. Brat Jarosław w niegejowskim związku z Antonim Macierewiczem. Po bredniach tego drugiego na antenie Radyja, panowie przeprowadzili “męską” rozmowę. Tzn. Przepraszam co? Opowiadali sobie o piersiach, piwie i piłce nożnej? Czy też zdjęli spodnie a la Kurski? Naturalnie z rozmowy tej nic nie wyniknęło, co jeszcze raz pokazuje jak grzeszne, bo bezpłodne są związki dwóch mężczyzn.

2. Artur Zawisza za wywiad dla „Dużego Formatu”. Przynaję, że moja polszczyzna jest zbyt uboga, bo opisać go jednym przymiotnikiem. Mam za to parę osobistych komentarzy do jego fascynujących wynurzeń. (a) Nie rozumiem jak „ciocia” albo „kościół” mają być miejscami rozrywki. Ciocia to osoba, a kościół to miejsce na modlitwę, a nie rozrywki. No chyba, że jesteśmy na pielgrzymce Rodziny Radyja, ale jakiś szacunek trzeba mieć. (b) „miałem opinię skrajnego prawicowca, co uważałem za komplement”. Cóż...to by tłumaczyło, dlaczego na początku wywiadu, jako przykład totalitaryzmu pojawili się maoiści z Nepalu. Bo III Rzesza do 1939 to w sumie była OK panie pośle prawda? A Pinoczet to był wręcz Święty Mikołaj w mundurze.

Tak, jak czytam sobie te genialne wynurzenia kolejnych tuzów IV RP, patrzę na Lecha II i brata Jarosława, ogładam eks-premiera to sobie myślę, że PRL już była, a teraz mamy powtórkę.

Jak mawiał Marks: historia powtarza się tylko jako farsa. Prawda bracie (towarzyszu) Zawisza?

środa, 16 sierpnia 2006
Kara śmierci

Gdy się tak rozejrzeć po polskich czystych, wolnych od faszystowskich napisów i grafiti ulicach, gdzie przechadzają się czyści ludzie ze świetną opieką zdrowotną i bez problemów z pracą, to możnaby pomyśleć, że lustracja i kara śmierci są problemami zastępczymi.

Okazuje się, że jednak kara śmierci takim problemem nie jest i chcemy o niej dyskutować, a jeszcze lepiej ją wykonywać. Do dialogu wzywa Lech II, Przestępca-wicepremier Andrzej L. oraz Brunatny Roman G. z kolegami od kijów bejsbolowych.

Siła autorytetów powala także monumentalnością postaci, a zatem porozmawiajmy.

Syn Lois i Kena Robinsonów, Larry, był schizofrenikiem. Diagnozę postawiono jeszcze w wojsku amerykańskim, gdy miał halucynacje. Wojsko rozwiązało z nim umowę i wypuściło na ulicę. Lekarze zalecili leczenie psychiatryczne w zamkniętym ośrodku, ale że jego rodzice nie mieli ubezpieczenia medycznego, został znów wypuszczony na wolność, bo “nie stanowił zagrożenia.” Choć błagał rodziców o pomoc, cie nie mieli jak mu pomóc. Wjechał samochodem w drzewo, ale to nie było wystarczająco “niebezpieczne” by umieścić go w zakładzie zamkniętym.

W 1982 roku Larry, który w międzyczasie wyprowadził się z domu, zabił swojego współlokatora, odciął mu głowę, a następnie chcąc ukraść samochód do ucieczki zabił czteroosobową rodzinę sąsiadów – jedną z ofiar był 11-to letni chłopiec.

Wtedy dopiero zainteresowało się nim państwo i stan Texas. W 1987 roku został skazany na karę śmierci – sędzia nie dopuścił dowodów o jego chorobie psychicznej przed ławę przysięgłych. Kolejne sądy odrzucały jego odwołania. W 1999 roku jego rodzice zaapelowali do gubernatora stanu Texas Georg’a W. Busha o łaskę, przesyłając mu historię choroby syna. Nie dostali odpowiedzi – akurat toczyła się w USA kampania prezydencka. Rada ds. Ułaskawień stanu Texas, która w swojej historii nigdy jeszcze nie poparła żadnego ułaskawienia, i tym razem była niewzruszona, nie pomogły nawet apele Jana Pawła II o łaskę.

Larrego Robinsona stracono zastrzykiem 21 stycznia 2001 roku.

Porozmawiajmy o etyczności kary śmierci.

(Cały artykuł o tej sprawie po angielski znajdziecie tutaj)

piątek, 11 sierpnia 2006
O kościele pozytywnie…

Znajomy pastor ze Szkocji opowiedział mi następującą historię. Jego znajomy jest pastorem w pewnej szkockiej miejscowości. Kilka tygodni temu przyszła do niego para mężczyzn. Są ze sobą od ponad 20 lat, zarejestrowali swój związek i teraz chcieliby go pobłogosławić. Problem jest w tym, że obydwaj są katolikami, a zatem na to nie mają co liczyć. Przyszli więc do pastora Kościoła Szkocji (Kirk), gdzie tego typu decyzja znjaduje się w gestii duchownego i jego sumienia. Młody, żonaty i dzieciaty duchowny powiedział, że z wielką przyjemnością pobłogosławi, ale chciałby najpierw tę sprawę przedyskutować z Radą Parafialną.

Nadszedł dzień zebrania Rady Parafilanej. Pastor szczegółowo wytłuszczył całą historię. Ku jego zdumieniu wszyscy członkowie (kobiety i mężczyźni) zadawali bardzo sensowne i delikatne pytania – słowem wykazali się chrześcijańską miłością bliźniego i miłosierdziem. Gdy przyszło do głosowania, tylko jeden radca zagłosował przeciw. Pastor, nieco zdumiony tym głosem, zadał mu pytanie, dlaczego?

“Ależ pastorze – to w końcu katolicy!”
czwartek, 10 sierpnia 2006
Obywatel IV RP

Strasznie mnie to zdjęcie ubawiło, więc je zamieszczam wszystkim piewcom Rewolucji Morlanej i tego typu banialuków wygłaszanych przez współkoalicjantów LRP i Sammoobrony



Najważniesze, że nie jest Tajnym Współpracownikiem, Żydem albo innym homoseksualistą...

czwartek, 03 sierpnia 2006
Coś co trzeba odrzucić


Dobra Księga uczy nas, że pewne rzeczy trzeba odrzucić, bo one nie budją, a tylko niszczą i zatruwają. Oto kilka z nich:

  1. Wojciech Wierzejski i jego pomysły z zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej. Dyskusja z nim tylko by nobilitowała go.

  2. Lech II Kaczka który nawołuje do przywrócenia kary śmierci. Jego zachęta “do ogólnoeuropejskiej dyskusji na ten temat” przypomina podobny apel JM Rokity w sprawie parad równości. Ten sam poziom, więc być może panowie podyskutowali by z sobą, a nie męczyli nas swoim niewyżyciem na polu etyki i filozofii.
  3. Sytuacja, gdy świadectwo uczciwości wystawiają pani Gilowskiej esbecy. Należy pogratulować tak misternie skonstrowanegp prawa u zarania IV RP. Aż starch się bać o przyszłą jej konstytucję.

wtorek, 01 sierpnia 2006
Patriotycznie i religijnie z małej litery

Dziś rocznica Powstania Warszawskiego, które przeżyła moja Babcia i moja Mama, będąc do końca w niezdobytej Warszawie. Przyznam, że opowieści tej pierwszej o stosunku mieszkańców stolicy do tego wydarzenia, najdelikatniej odbiegają od stereotypu i hagiografii.

Ale za każdym razem gdy słyszę przez radio wyjące syreny o godzinie 17 – oczy mi jakoś łzawią. I czuję taką mieszankę dumy, rozpaczy, żalu, goryczy i to się jakoś kotłuje we mnie i nie chce odejść. I czuję zlość, że niczego się nie nauczyliśmy, i że wojna ciągle gdzieś jest toczona, tak jakby ta hekatomba krwi w latch 1939-45 nie wystarczyła, i że ciągle musimy nienawidzieć i zabijać bliźnich. I przypominam sobie słowa Pisma:

„Błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni dziećmi Boga nazwani będą”

I tyle. Aż tyle.