Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
piątek, 29 czerwca 2007
Złoty Pisuar za Czerwiec 2007

Przyznaję, że z każdym miesiącem nasz konkurs robi się coraz bardziej zacięty, co można tłumaczyć tym, że rządzacy bracia Kaczyńscy okazują się jeszcze głupsi niż przypuszczaliśmy. Parafrazując pewien film: pokazują nam, że można pukać spod dna.

Ale oto nasi kandydaci na Złoty PiSurar w czerwcu:

  1. Brat Jarosław za tekst, że “nie rozmawia z przestępcami.” To ewidentne kłamstwo, bo przecież trudno uwierzyć, że nie rozmawia z Andrzejem L. wielokrotnym przestępcą. O Romanie G-ie i i jego bandzie nie wspomnę. Ale jeśli rzeczywiście nie rozmawia, to PiSuar przyda mu się za wytrzymałość i niezłomne wartości i zasady moralne, których można tylko pozazdrościć. Ot, człowiek z .... 

  1. Radek Sikorski i Lech II Kaczka – ten pierwszy wpadł na pomysł, by do naszej populacji dodać 6 milionów zgładzonych przez Niemców. Prezydentowi Lechowi II Kaczce tak to się spodobało, że już na szczycie UE okazało się, że domagamy się głosów za 66 milionów. Zapewne doliczono poległych pod Grunwaldem, Cedynią, Płowcami i Przemysława II zamordowanego przez swoich siostrzeńców margrabiów brandenburskich. Nikt nie jest w stanie wyjaśnić, czy odliczyliśmy od 66 milionów Ludgradę uduszoną przez tegoż Przemysława II i szczerbce podarowane Jagielle przed Grunwaldem. Ale nominacja dla obu tych indywiduów, jest za osiągnięcie poziomu rynsztoka w polityce. 

  1. „Rzeczpospolita” – która udowadnia za pomocą takich tuzów jak Ziemkiewicz, Terlikowski, Semka, Kim, Zordt i dzisiaj dr Pawłowicz, że idea totalnej wazeliny w stosunku do władzy nigdy nie umiera i że każda, nawet największa głupota zostanie tam opublikowana, pod warunkiem, że popiera idę IV RP i się nie lubi pedałów. „Rzepa” opublikowałaby tekst Andrzeja Wyszyńskiego, gdyby tylko popierał on lustrację. 

  1. Last but not least: RPO Janusz Kochanowski – za “nieodagdniony sekret i zjawisko samo w sobie” czyli jego opinię o kobietach. Jego teskt mówi sam za siebie.

Czekam na wasze głosy! Ponieważ konkurencja jest w tym miesiącu zażarta, proszę o oddawanie głosów na JEDNEGO z kandydatów! Wiem, że będzie Wam trudno, ale zróbcie to dla IV RzesRP!

Z pewną trwogą dodaję co miesięczne; dziękujemy, i prosimy o jeszcze!

czwartek, 28 czerwca 2007
Premier, RPO i kobiety

Rzecznik Praw Obywatelskich, jest jak sama nazwa wskazuje rzecznikiem nas (obywateli), który ma badać czy nasze prawa nie są pogwałcone albo łamane. Ustawodawca wyposażył go w ogromne możliwości działania, by te swoje czynności wykonywał. Jest on na tyle ważny, że jest niezależny od ogranów państwowych, którym ma patrzeć na ręce.

Rzecznicy jacy byli, tacy byli (raz lewicowi, raz prawicowi), ale byli niezależni od rządzących, aż nie ustąpił prof. Zoll. Wtedy to stary komunistyczny beton senator Jarzebowski uwalił z pomocą PiSuaru kandydaturę prof. Rzeplińskiego. SLD podpadł tym, że uważał, że odebranie przywilejów SB jest zgodne z konstytucją – tego Jarzembowski znieść nie mógł. PiSuarczykom podpadł z kolei tym, że Helsińska Fundacja Praw Człowieka uważa, że kobieta ma prawo wyboru – podczas gdy PiSuar wie, że ma prawo do wyboru w jakim szpitalu urodzi i tyle. Tak więc SLD i PiS uwaliło kandydaturę Rzeplińskiego, i już w IV RP na Rzecznika Praw Obywatelskich wybrano Janusza Kochanowskiego. SLD powinno było kopnąć senatora za jego upór, ale już było za późno. PiSuar odzyskał i Rzecznika.

Fast forward do 2007 roku.

Strajkują pielęgniarki, okupując jedną salę w URM. Premier burzy się i fuka, że gdyby to byli górnicy, to by inaczej z nimi postępowano. Oczywiście premier nie kłamie – gdyby to byli górnicy, to bohaterscy posłowie PiSuaru, przystawek, i PO i SLD na wyścigi by uchwalili wszystkie żądania górników, zanim by ta pijana grupka z kilofami dojechała do Warszawy.

Ale tutaj chodzi o pielęgniarki – kobiety, w dodatku żadna nie jest w ciąży, zatem życie napoczęte nie wymaga szczególnej ochrony. Bohaterski brat Jarosław postanawia nie dopuszczać do nich nikogo. Głupie baby. Nawet podpasek nie dostaną – pójdzie im w pięty i następnym razem się zastanowią, zanim podniosą rękę na Wielki PiSuar – IV RP.

Nadjeżdża RPO, którego do pielęgniarek nie dopuszczają. Co robi niezależny RPO?

Czy podnosi larum, że łamie się prawo, bo on ma dostęp z mocy konstytucji do każdego obywatela? NIE.

Czy żąda kategorycznie umożliwienia spotkania z pielęgniarkami? NIE.

Otóż Jan Kochanowski, RPO okazuje się być filozofem. Ba, mistykiem. Oto co za głęboka myśl przyszła do głowy naszemu tuzowi:

Kobiety dla mnie są nieodgadnionym sekretem, ale wiem, że to jest zjawisko samo w sobie. Ale nie możemy powiedzieć, że to jest tak samo, jak z mężczyznami, trzeba brać pod uwagę również ten fenomen zjawiskowy. Kobiety mają swoje specjalne prawa, które my szanujemy i pan premier również, kiedy mówił o tym, że z mężczyznami by dał sobie już dawno radę, dał wyraz pewnej postawie w tym kręgu kulturowym, polskim, którą ja też wyznaję, ale powinien chyba pójść dalej i o to będę go prosił.”

No bez mała, Demostenes z Platonem.

Moja przyjaciółka Marta tak to skomentowała:

Pytanie oczywiście się rodzi, czy ktokolwiek osmieliłby się parę lat temu bredzić o mistycznej męskości opalonych torsów górników, którzy przyszli z kilofami pod sejm, i rozważać tajemnice związane z trudnościami negocjacji między meskim górnikiem a żeńską, bo ja wiem, Gilowską czy kto był wtedy w rządzie.”

Opowiedź jest oczywista: Nie, bo przecież ani RPO, ani tym bardziej Jarosław Kaczyński nie są homoseksualistami, więc co się mają męskim torsem zachwycać?

Tutaj chodzi o baby. Baby można przesunąc po jezdni, nazwać ich “inspirowanymi przez wiadome siły”, i w sposób aboslutnie typowy dla PiSuarczyków upokorzyć i odmówić przesłania środków higienicznych. Jak pisze Marta:

„Nie wiem, czy taki jest szczwany plan załatwienia medialnego pań z kancelarii - przetrzymać je bez środków higieny az zaczną przypominać zombie i śmierdzieć jak placówka Bakutilu - a wtedy pokazać światu: oto, jak wygląda opozycja, którą musimy cierpliwie znosić - i mieć gotową ilustrację do "zaplutego karła reakcji", czy po prostu chcą te dziewczyny zmęczyć i znużyć, żeby poszły do domów się umyć i przestały zawracać dorosłym chłopakom głowy. ALe wstrzymywanie w portierni przesyłek zawierających podpaski i mydło mam za niehumanitarne chamstwo - i dowód, ZA KOGO - czy raczej ZA CO - pan mikropremier ma pielęgniarki.”

Więc zamiast snuć (by nie użyć nieco dosandniejszego czasownika) głupoty o nieodgadnionej tajemnicy kobiet, pan RPO powinien się wziąć za wykonywanie swoich obowiązków. Skoro jego fascynacja tajemnicą, albo braćmi K. mu przeszkadza powinien zrezygnować.

A przy okazji tej historii chciałbym Lechowi Kaczyńskiemu, jego bratu Jarosławowi Kaczyńskiemu i innym im podobnym mściwym, małostkowym gnojkom i zerom powiedzieć:

SPIEPRZAJ DZIADU!

poniedziałek, 25 czerwca 2007
Czy Żydzi to Polacy?

Ja już nic nie rozumiem. Gdyby nie Niemcy, to Polska miałaby 66 milionów obywateli i stąd powinniśmy dostać więcej głosów niż mamy teraz.

Tak sobie pomyślałem: wśród II RP Polacy stanowili tylko około 65% populacji, Ukraińcy 16%, Białorusini 6%, Niemcy (fuj) 4% i co absolutnie skandaliczne - Żydzi około 10%.

Teraz przenieśmy te procenty na 66 milionów obywateli IV RP: mielibyśmy około 42 miliony Polaków, 10 560 000 Ukraińców (Jezu, wyobrażacie sobie taką ilość banderowców i “band UPA”?), prawie 4 miliony zwolenników Oleksandra Łukaszenki (to jest dopiero V kolumna!). A teraz liczby wręcz straszliwe:  2 640 000 Niemców (full indoktrynacja Goethem albo Remarqueiem) i coś co ścina krew w żyłach Prawdziwej Matce – Polce: około 6 600 000 Żydów (!)

Czy na pewno chcemy się odwoływać to kraju, gdzie aż tyle osób nie byłoby “genetycznymi patriotami”? Czy LPR wie, że ich koledzy z PiSuaru marzą po nocach o takiej Polsce, gdzie córeczki ministra Giertycha zobaczyć by mogły Żyda w pejsach? A Wojciech Wierzejski musiałby prosić swoich nacjonalistycznych kolegów o opuszczenie spodni, zanim mógłby się w nich wtulić by zamówić pięć piw?

Ja się pytam: kto za tym stoi – tymi 66 milionami? Czy te 66 milionów Polaków, to nie jest przypadkiem woda na młyn rewizjoinistów z RFN?

wtorek, 19 czerwca 2007
Kwiaty Polskie - Kaczence

Prezes IPNu i gorliwy PiSuarczyk, Janusz Kurtyka, któremu Trybunał Konstytucyjny zepsuł lustracyjną zabawę postanowił, że on i dwaj bliźniacy mają TK w poważaniu i że on ma listę.

Premier jak zawsze pochwalił się przy okazji subtelnością analizy politycznej i radośnie stwierdził, że TK chroni agentów.  

Dziś Lech II Kaczka dodał, że największym zagrożeniem dla demokracji był Lech Wałęsa. Lech Wałęsa zrewanżował mu się, brzydko nazywając jego matkę. Niesłusznie, wystarczyło odnieść się do inteligencji prezydenta IV RP.

Rząd postanowił się odwołać od wyroku w.sp. Alicji Tysiąc. Będzie można na kobiecie dalej wieszać psy i przy okazji opóźnić wypłatę odszkodowania. Bo ona dalej żyje z renty – Polska dba o życie poczęte od chwili poczęcia do urodzenia. Potem – kogo to obchodzi? Jeszcze wyrośnie z dziecka jakiś pedał albo lewak.

Czytam wyork TK w sprawie lustracji. W naszym świeckim państwie aż dwóch sędziów uznało za stosowne odwołać się do encykliki “Veritatis Splendor”. Nie mam nic przeciwko tej encyklice, ale niepokoi fakt, że sędziowie nie mają innych podstaw do orzekania. Nie mogę się doczekać cytatów z Foucault, Dmowskiego i oczywiście Koranu.

piątek, 15 czerwca 2007
Populizm czystej wody

Nie wiem, czy tylko ja to tak odbieram, ale to idiotyczne upieranie się przy pierwiastku jest żenujące. Bracia K. boją się Niemców i mają obsesję i zastosują tradycyjne polskie veto: Nie, bo nie. Nie ma tu żadnej solidarności tylko myślenie : kompromis będzie, jak przyjmiecie nasze warunki.

I tak Polska znajdzie się sama, ale nie będzie na kolanach – tak nas przekonują populiści z PiSuaru i Platformy. A to, że będziemy trzymać rączkę w nocniczku, to nikomu nie przeszkadza. Bo to będzie przynajmniej nasz, polski i swojski nocnik. I zawartość też.

sobota, 09 czerwca 2007
Zamek de Haar i rotszyldowiskie dygresje

Choć pogoda temu nie sprzyjała i nawet lekko kropiło, nadszedł czas by Michiel odpracował swoją pańszczyznę i znowu wybrał się ze mną do nowego zamku. Tym razem nasz wybór padł na Kasteel de Haar, znajdujący się w odległości około 40 minut jazdy samochodem od Amsterdamu.

Zamek de Haar powstał około XIV wieku, kiedy to znajdował się w posiadaniu rodziny... de Haar. Najstarsza wzmianka o zamku pochodzi z 1391 roku. Wkrótce potem rodzina de Haar wymarła w linii męskiej i na skutek małżeństwa dziedziczki o słodko brzmiącym imieniu Josyna ze szlachcicem Dirkiem van Zuylen, zamek dostał się w ręce tej dość rozrodzonej familii. Rodzina ta brała aktywny udział w polityce państwa kościelnego, jaką był Utrecht (zwany Stichtem) i nie zawsze jej poczynania były na rękę księciom-biskupom. W XVI wieku była skoligacona z większością lokalnej szlachty i posiadała 15 różnych odgałęzień.  

Potem nadeszła reformacja. Rodzina van Zuylen jak większość była podzielona w swoich sympatiach: część była katolikami, część przyjęła kalwinizm (o nich pisałem w artykule o Slot Zuylen), a część – co było dość częste w Utrechcie „usiłowała zachować neutralność w sprawach wyznaniowych”. Linia z zamku de Haar pozostała katolicką i gdy w 1580 roku władzę w prowincji przejęli katolicy, ta gałąź przeniosła się do katolickiej Belgii pod panowaniem hiszpańskim. Kalwińscy Holendrzy majątki katolików pozostawili nietknięte i tak zamek de Haar był ciągle własnością rodziny, choć coraz rzadsze wizyty rodzinne spowodowały, że pod koniec XIX wieku był malowniczą ruiną.

 

I wtedy na scenę wkracza baron Etienne van Zuylen van Nijenvelt (1860-1934). Urodzony i wychowany w Belgii, całe życie marzył o odbudowie zamku i rodzinnej siedziby. Sprawy nie ułatwiał mu jego własny ojciec, który w XIX wieku systematycznie wyprzedawała swoje holenderskie posiadłości ziemskie. Do sprzedaży samego zamku – wówczas totalnej ruiny nie doszło, i w 1892 roku młody baron zwrócił się do słynnego katolickiego architekta (katolicy nie utrzymywali stosunków z protestantami i na odwrót) Cupersa, by spróbował odbudować zamek w stylu średniowiecznym. Optymistyczny hrabia ocenił czas potrzebny na odbudowę jako około 2 lat. Znany architekt, jakim był Cupers zachował znamienne milczenie, co do czasu odbudowy, ale podjął się tego zadania. Choć znane były szkice średniowieczne i późniejsze zamku, Cupers postanowił zamkowi nadać styl romantycznie średniowieczny, który nie miał z historią wiele wspólnego, ale który podkreślałby czcigodność rodu.

 

Odbudowa ruszyła pełną parą w 1892 roku. Odnowiono fosę, zburzono większość starych ruin i stawiano mury od nowa. Obudowano oficyny zamkowe tzw. „Chatelet”, gdzie były dodatkowe sale dla gości. Wystrój zamku był w stylu neogotyckim, choć wszystkie sypialnie wyposażono w osobne łazienki i ubikacje z bieżącą i ciepłą wodą. Otwarty niegdyś dziedziniec przykryto pięknym drewnianym dachem, zamieniając go w reprezentacyjny hol, który podkreśla starożytność rodziny Zuylen i ideały rycerstwa. By zamek należycie się prezentował odkupiono okoliczną ziemię i zaplanowano nowy, monumentalny ogród, który podkreślał estetyczne walory zamku. W tym celu wykupiono okoliczną wieś, a baron Etienne wybudował nową, w stylu gotyckim nieco dalej, z dala od zamku, ale w tym samym stylu. Ponieważ rodzina van Zuylen pozostała głęboko katolicka, odbudowano zrujnowany kościół, oczywiście w stylu neogotyckim, który stał się prywatnym kościołem rodzinnym. Przez ten cały czas baron z żoną podróżowali po świecie zwożąc do zamku dzieła sztuki by go należycie urządzić. Remont, zaplanowany na 2 lata max, nieco się przeciągnął: w zasadzie zakończył się w 1912, czyli „poślizg” wyniósł 18 lat. Piszę „w zasadzie”, bo drobne prace wykończeniowe trwały jeszcze po 1-szej Wojnie Światowej.

Oczywiście należy sobie postawić pytanie, skąd rodzina van Zuylen wzięła na to pieniądze? Otóż w 1887 roku gorliwy katolik i rycerz Maltański Etienne van Zulen poślubił baronównę... Marię Helenę de Rotschild (1863-1947) z bajecznie bogatej rodziny Żydowskich bankierów. Za specjalną dyspensą papieską, choć wzięli ślub kościelny, panna młoda pozostała Żydówką. Naturalnie obie rodziny nie były zachwycone i na ślubie pojawili się tylko ojcowie państwa młodych. Matka Marii Heleny w dniu ślubu córki przywdziała żałobę, której nie zdjęła do końca życia. Wbrew ogromnej niechęci obu rodzin małżeństwo było wyjątkowo udane. Państwo młodzi mieszkali albo w Paryżu, albo w swojej willi w Nieci do zamku de Haar przyjeżdżali tylko od czasu do czasu, zostając w nim nie dłużej niż miesiąc; ponadto we wrześniu baron van Zulen tradycyjnie otwierał festyn wiejski, we wsi którą sam wybudował.

 

Gdy remont zamku był już na ukończeniu i planowano wielkie przyjęcie z tej okazji, do zamku na końcową inspekcję wybrał się najstarszy syn baronostwa, Hêlin (1888-1912). Niestety, w drodze do zamku zginął w wypadku. Jego matka była niepocieszona w swoim żalu i kategorycznie odmówiła zamieszkania w zamku na stałe, z czas przestała do niego przyjeżdżać w ogóle. Synowi i mężowi wystawiła piękne grobowce w kaplicy rodowej, resztę swojego życia spędzając głównie w Nicei, gdzie zmarła. Po śmierci spoczęła przy mężu i przy synu w kościele zamkowym.

 

W 1934 roku zamek przejął syn jego restauratorów baron Egmont van Zuylen van Nijevelt van de Haar (1890-1960), holenderski dyplomata, który z racji wykonywanego zawodu w zamku bywał rzadko. W ramach dość nietypowych małżeństw, poślubił Egipcjankę, która dla niego porzuciła islam i przeszła na katolicyzm - Marguerite Namétalla (c.1905-1996). II Wojnę Światową baronostwo przeżyli w Anglii, co zapewne uchroniło ich od niechybnej śmierci z ręki nazistów. Zamek de Haar cudem ocalał i nie został nawet rozgrabiony przez niemieckiego komendanta stacjonującego w zamku. Po powrocie do kraju, baron Egmont był także tym, który otworzył zamek dla zwiedzających.

 

Po śmierci barona, zamek odziedziczył jego jedyny syn Thierry van Zuylen van Nijevelt van de Haar, który do 2000 roku pozostawał właścicielem zamku. Niestety, rosnące koszty utrzymania rezydencji, wysokie podatki oraz konieczność jego remontu spowodowały, że w 2000 roku własność przeszła na Fundację de Haar, gdzie rodzina van Zuylen ma swoją reprezentację w zarządzie. Rodzinie pozostawiono także prawa do użytkowania raz do roku przez miesiąc pewnych pomieszczeń zamkowych i oczywiście kościoła. Remont, który rozpoczął się w 2000 roku będzie trwał do około 2012 i tylko w tym roku jego koszty wyniosły około 18 milionów euro. Po trzech pokoleniach nie wytrzyma tego nawet potomek Rotszyldów. Być może rozstanie z zamkiem ułatwił fakt, że baron nie ma syna tylko pięć córek i na nim wygaśnie w linii męskiej rodzina van Zulen van Nijevelt van de Haar.

 

Na razie polecam odwiedzenie zamku – niektóre sale są zamknięte dla zwiedzających, ale do zamku warto wpaść na popołudnie.

 

Na zakończenie, chciałby wspomnieć od siostrze obecnego barona, baronównie Marii Helenie van Zuylen (1927-1996). Po rozwodzie z pierwszym mężem hrabią de Nicolay, wyszła za mąż za swojego kuzyna barona Guy de Rotschilda (ur.1909), i głowę paryskiej linii rodu. Razem z nim zamieszkała w 1959 roku w jego zamku we Francji Château de Ferrières, który stał nie zamieszkany od 1940 roku. Razem z mężem nie tylko go odnowili, ale uczynili z niego centrum spotkań francuskiej, włoskiej i angielskiej arystokracji oraz światowej śmietanki towarzyskiej. Jej mąż był właścicielem francuskiego banku Rotszyldów, aż do jego nacjonalizacji w 1981 roku przez francuskich socjalistów. Jednak nawet dla Rotszyldów posiadanie zamku stało się zbyt drogie i w 1975 roku podarowali oni swoją rezydencję Uniwersytetowi w Sorbonie. W tym samym roku baronostwo kupiło znany Polakom Hotel Lambert w Paryżu. Za swoje zasługi dla kultury francuskiej, baronową Rotschild odznaczono Orderem Legii Honorowej. Syn Marii Heleny i Guy, baron Edouard de Rotschild (ur.1957) stanął na czele odnowionego w 1986 roku banku Rotszyldów we Francji. Choć jest wyznania mojżeszowego i głową francuskiej linii rodziny, jest też pierwszym jej członkiem, który nie zasiada w Naczelny Konsystorzu Judaizmu we Francji (jest synem nie Żydówki i jest ożeniony z katoliczką). Jest bliskim przyjacielem Nicolasa Sarozyiego, nowego prezydenta Francji.

 

Nie znalazłem informacji, czy kiedyś był w zamku de Haar, ale wydaje mi się to bardzo, bardzo prawdopodobne.

http://www.kasteeldehaar.nl 

piątek, 08 czerwca 2007
Trudne pytanie

Jak donosi GW proboszcz w jednej z wiosek na Mazowszu wyznaczył nauczycieli do dekoracji ołtarza na Boże Ciało. Jego prawo by decydować, kto będzie stroił ołtarze. Ale tutaj sprawa się robi ciekawsza.

Dyrektorka szkoły publicznej im. JP2 wyznaczyła nauczycieli do dekoracji ołtarza. Nie zaproponowała, nie poprosiła, ale wyznaczyła. Wyznaczając, złamała prawo o wolnosci sumienia i wyznania. Nikt bowiem nie może być zmuszony do wykonywania albo do uczestniczenia w praktykach religijnych. I chociaż strojenie ołtarza to nie czynność religijna sensu stricto, ale mimo wszystko – jak ktoś nie chce, nikt nie może być do tego zmuszany. I kropka.

Ale clue w tym wszystkim jest jej odpowiedź na pytanie: „A co jeśli wśród wyznaczonych nauczycieli są ateiści?”

Jaka była odpowiedź pani dyrektor publicznej szkoły neutralnego religijnie państwa?

„To niemożliwe. To szkoła imienia Jana Pawła II”

Nasuwają mi się spostrzeżenia:

Czy patron papież czyni ze wszystkich pracowników osoby wierzące? I czy ma to przełożenie, że patron lekarz (np. Janusz Korczak) czyni ze wszystkich nauczycieli lekarzy? Albo co gorsza – czy patron homoseksualista sprawi, że i nauczyciele i uczniowie staną się homoseksualnymi zboczeńcami???? I co na to minister Roman G-ie?

Czekam na wasze opinie.

niedziela, 03 czerwca 2007
Po spotkaniu

Na spotkaniu w Warszawie w sprawie Darfuru było 30 osób, choć kościół mógł pomieścić i 800. Z jednej strony to mało...

Z drugiej było sporo młodzieży co cieszy. Nie jest to temat top (jak np. lustracja) bo w końcu dotyczy jakiegoś dziwnego kraju w Afryce – „w Sudanie, czyli nigdzie”. Mam jednak nadzieję, że jak w to się włączy „GW” zainteresowanie i reklama będzie większe.

Kilka osób pytało mnie, co się tak uwziąłem na ten Darfur. Odpowiadam linkiem do artykułu (po angielsku), który to wszystko zaczął:

http://www.uuworld.org/ideas/articles/4057.shtml

How much would we sacrifice?

piątek, 01 czerwca 2007
Bez komentarza

Choć czystka Romana G-ie w kanonie lektur nie wygrała konkursu na Złoty PiSuar za Maj 2007, to przy okazji chciałbym zacytować dwa zdania wypowiedziane à propos.

Po pierwsze, Kawke usunięto, bo się jeszcze głupio działania Ministra Ziobro-Ziobro-Siedem zaczną kojarzyć. Po drugie, jak trafnie zauważył pewnien forumowicz: “Tylko wychowując debili, ten rząd ma szansę wygrać w następnych wyborach.

Inna wydarzenia końcówki tygodnia zasługują na wzmiankę, ale nie komentarz, bo pewnych rzeczy się nie komentuje.

Pierwsza, to ocenzurowanie filmu BBC przez TVP żeby usunąć widok księdza geja.

Druga, to nazwanie akcji przeciwko słynnemu chirurgowi krypotnimem “Mengele”.

I last-but-not-least: fakt, że nikt za to nie przeprosił.

Miłego weekendu pomimo wszystko!