Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
poniedziałek, 28 maja 2007
Złoty PiSuar Maj 2007

Co prawda zostało jeszcze kilka dni i kolacja może zawsze nas zaskoczyć, ale przedstawiam nominacje do Złotego PiSuaru za Maj 2007.

  1. Brat Jarosław Kaczyński. Za to, że nie ma konta i wszystko trzyma u Mamy. Choć jest to wykroczenie skarbowe, to nikt oczywiście tego nie zbada, bo w końcu chodzi o cel wyższy: by mu nikt niczego nie wpłacił. Premier kraju członka UE i NATO bez konta bankowego w XXI wieku trafił na światowe czołówki.
  2. Rzecznik Praw Dziecka Ewa Sowińska. Za podejrzenie popełnienia przestępstwa bycia gejem przez Teletubusia Tinky-Winkiego. Ten ohydny stwór z damską torebką uwiódł na homoseksualizm tysiące polskich dzieci. Nie wiadomo czy w rehabilitacji pomogą mundurki, szczególnie, że lekarze i nauczyciele strajkują. Ja bym ich powołał w kamasze: w chwili, gdy polskie dzieci atakuje Tinky-Winky różową torebką????? Hańba, targowica!
  3. Poseł Artur Zawisza herbu Młot. Za pomysł karania kobiet w mini, w ramach walki z prostytucją. Na szczęście politycy prostytuujący się za poparcie rządu nie chodzą w mini. Może ich nie stać, bo nie mają własnych kont bankowych?
  4. Marszałek Ludwik Dorn za poszukiwanie kwitów na rodziny sędziów Trybunału. On się nie wstydzi dobrych wzorów z NKWD i Gestapo – bo i dlaczego? Manewr się nie udał, bo kwity były tylko na członków rodzin sędziów z nominacji PiSuaru – ale nie matura, a chęć szczera zrobią z cebie....

Czekam na wasze głosy, które walnie przyczynią się do budowy IV, Solidarnej RP. W zeszłym miesiącu złoty PiSuar otrzymała Rzecznik Praw Dziecka.

piątek, 25 maja 2007
Premier – zuch!

Chyba nie tylko ja jestem pod wrażeniem faktu, że premier kraju będącego w NATO i UE nie ma konta bankowego. I trzyma je na koncie u Mamy. „Bo się boi, że ktoś mu coś wpłaci”.

Na przykład zapomogę na opłacenie terapii.

Nie, tego się nie da skomentować. Bracia Kaczyńscy raz jeszcze pokazują, że w dno można pukać od spodu....

czwartek, 24 maja 2007
Reklamuję Harvard Law School

Zupelnie przypadkiem dowiedziałem się, że stałem się modelem i reklamuję Harvard Law School.

Poniżej zdjecie i link:

http://www.law.harvard.edu/about/nwc

 

środa, 23 maja 2007
Chatsworth House

O Anglii mówi się, że ważne są tutaj tylko dwie rodziny: królewska i Howardów (książąt Norfolk). Nie jest to zupełnie prawdą, co starają się udowodnić inne rodziny książęce – najbliżej nich jest bez wątpienia rodzina książąt Devonshire – Cavendishów. By te hipoteze sprawdzic, razem z moim przyjacielem Bogusiem, mocno niewyspani, zapakowaliśmy się do samochodu Phila, który równie niewyspany co my zawiózł nas do rezydencji rodu Cavendish – Chatsworth House, uważanej za najpiękniejszą wiejską rezydencję w Anglii. Niektórzy z was może ją znają z ostatniego filmu „Pride and Prejudice” gdzie był rezydencją Mr. Darciego, jak się przekonamy, nie bez powodu.

 

Położone malowniczo między pagórkami Derbyshire Chatsworth House dostało się w ręce rodziny Cavendish w 1549 roku kiedy to pod wpływem namów swojej żony, słynnej Bess of Hardwick (1547-1608), nabył te dobra Sir Wiliam Cavendish. Jego żona była kobietą niezwykle zapobiegliwą i energiczną, i potrafiła zdominować wszystkich swoich czterech mężów. Jej inteligencja i brak uderzającej urody, pozwoliły jej na zdobycie przychylności królowej Elżbiety, która jak wiadomo urodziwych kobiet nie cierpiała. Bess była na tyle pewna swojej pozycji, a królowa jej wierności, że w latach 1569-1584 w ich dobrach przebywała nieszczęsna królowa Maria Stuart – piękna i niezbyt mądra kuzynka Elżbiety. Wybór Bess i jej czwartego męża hrabiego Shrewsbury był doskonały: Bess była gorliwą protestantką (jej ojciec i mąż obłowili się na dobrach poklasztornych), zaś hrabia Shrewsbury był katolikiem, ale obydwoje byli wierni swojej królowej. Marii Stuart okazywali przychylność (niektórzy nawet podejrzewali hrabiego Shrewsbury o zbytnią przychylność) i okres swojego pobytu u nich Maria Stuart spędziła spokojnie, bez wiekszych intryg czy awantur. Na jej pamiątkę, sala w której niegdyś nocowała, nosi nazwę sali „Królowej Marii Stuart”.

Lady Bess była jedną z pierwszych, która zaczęła przebudowywać Chatsworth House, choć wolała pobliską rezydencję Hardwick Hall, gdzie wybudowała wspaniały elżbietański pałac, z ogromnymi jak na ówczesne czasy oknami. Po jej śmierci w 1608 roku jej dobra odziedziczył drugi syn William Cavendish, którego w 1618 roku król wyniósł do godności 1. hrabiego Devonshire. Zamek pozostał zamkiem w stylu elżbietańskim. (Tutaj mała dygresja: rodzina Cavendish nigdy nie posiadała dóbr w Devonshire, więc nie wiadomo, skąd ten tytuł. Tłumaczy się, że w kancelarii królewskiej popełniono błąd i zamiast „Derbyshire” wpisano „Devonshire”. Jest to teoria nieco naciągana, ale z braku lepszego wytłumaczenia musimy się nią zadowolić).

Karierę rodzina Cavendish zaczęła robić dopiero w pokoleniu wnuków Bess. Pomagała im w tym gorliwie wyznawana anglikańska wiara i bezwzględna lojalność wobec Króla. Wnuk Bess, William (1592-1676) był dowódcą wojsk wiernych królowi Karolowi Stuartowi i po zwycięstwie Cromwella udał się na wygnanie. Mieszkał w Antwerpii w domu Rubensa. Po Restauracji monarchii, zwrócono mu majątki i w 1665 podniesiono do godności 1. księcia Newcastle-upon-Tyne. Jego kuzyn, 2. hrabia Devonshire w tym czasie patronował Tomasowi Hobbsowi. Jednak prawdziwą karierę dla rodziny i Chatsworth rozpoczyna William Cavendish (1640-1707) 4. hrabia Devonshire. Wychowany na gorliwego rojalistę i równie gorliwego anglikanina z rosnącym przerażeniem patrzył na postępowania Jakuba II, który chciał przywrócić katolicyzm w Anglii i Szkocji lub przynajmniej nadać mu wolność obrzędów. Hrabia Devonshire stał na czele opozycji, licząc na to, że po śmierci katolickiego króla tron obejmie jego anglikańska córka Maria. Gdy jednak w 1688 roku urodził się Jakubowie II zdrowy syn, hrabia nie wytrzymał. Hrabia Devonshire zaczął rozpuszczać plotki, że ów Jakub Franciszek Stuart to dziecko podłożone przez Jezuitów, i wybrał się do Holandii by przekonać Wilhelma Orańskiego by razem z żoną Marią dokonał inwazji na tron. Jak wiadomo, Wilhelm inwazji dokonał, jego teść z Anglii uciekł i w ten sposób hrabia Devonshire stał się jednym z architektów „Chwalebnej Rewolucji”, która podłożyła podwaliny pod angielski parlamentaryzm. Gdy jeszcze hrabia Devonshire razem z teściem diukiem Ormonde walnie przyczynili się do krwawego stłumienia powstania irlandzkich katolików, należała mu się nagroda. I tak w 1694 roku został podniesiony do rangi 1. księcia Devonshire.

Tytuł książęcy wymagał odpowiedniej rezydencji i wybór księcia padł właśnie na Chatsworth. Miało się to zakończyć małym remontem pałacu, ale jak to zwykle bywa, coś co się zaczyna w domu trudno to kiedykolwiek skończyć i tak przebudowa rozpoczęta w 1688 roku zakończyła się całkowicie dopiero w 1840 roku! Z jego czasów zachował się jego paradny portret na koniu oraz kaplica pałacowa, w której znajduje się ołtarz z przedstawieniem niewiernego Tomasza. Być może przebudowa pałacu ciągnęła się w nieskończoność, bo książęta Devonshire związani z partią Whiggów, zaangażowali się w politykę. 2. książę Devonshire, William (1673-1729) był aktywnym członkiem parlamentu i wzorem przodków był niezmiennie wierny panującemu od 1712 roku domowi Hanowerskiemu. Jego syn William (1698-1755) był Lordem Namiestnikiem Irlandii, gdzie dbał o interesy wielkich właścicieli ziemskich i o „porządek”. Przy okazji udało mu się ożenić swojego syna i dziedzica Williama (1720-1764) 4. księcia Devonshire z dziedziczką bajecznych dóbr w Anglii i Irlandii, co umocniło potęgę rodu. Był on nawet krótko premierem Wielkiej Brytanii w l.1756-57. Ponieważ książęta przebywali albo w Londynie, albo w Irlandii rezydencja nieco podupadła, choć 4. Diuk nakazał przebudowę jednego ze skrzydeł. Warto wspomnieć, znowu na marginesie, że jego kuzynem był słynny naukowiec, chemik i fizyk Henry Cavendish (1731-1810).

Najsłynniejsze czasy nastały dla zamku Chatsworth dopiero za kolejnych dwóch pokoleń. William Cavendish (1748-1811) i 5. Diuk Devonshire poślubił słynną z piękności, zamożności, dobroci serca i niewierności Lady Georgianą Spencer (1757-1806), z tej samej rodziny która wydała księżną Dianę. Książęta Devonshire uwielbiali organizować przyjęcia w Londynie, gdzie prowadzili dom otwarty i niezwykle wystawny. W Chatsworth bywali rzadko, ale pozwolili okolicznej ludności „niezależnie od stanu” na odwiedzanie pałacu. Gdy księstwo byli w domu, gościom podawano darmowy posiłek. Małżonkowie Cavendish mogli sobie na to pozwolić posiadając w Anglii i Irlandii ponad 300 000 arów – czyli około 809 kilometrów kwadratowych. Choć obydwoje księstwo angażowali się po stronie Whigów, to książę Devonshire nie sprawował żadnych funkcji publicznych.

Ogromne majątki rodzinne odziedziczył jedyny syn Diuka i Georgiany William Spencer (1790-1858) 6. Diuk Devonshire, zwany „księciem – kawalerem”. Według wszelkiego prawdopodobieństwa jest on pierwowzorem Mr. Darcy z „Dumy i Uprzedzenia” Jane Austin. Chciał ożenić się z bratanicą królewską, która jednak dała mu kosza – od tej pory żył w stanie kawalerskim. Swój ogromny majątek przeznaczył na zbieranie dzieł sztuki i dokończenie przebudowy Chatsworth House, która istotnie za jego życia uległa zakończeniu. Pałac otoczono wyjątkowym jak na tamte czasy ogrodem, zaprojektowanym przez Josepha Paxtona. Okazy drzew i krzewów sprowadzano z całej Europy i obu Ameryk. Zaprojektowano kaskadę, cesarską fontannę, oraz gigantyczną oranżerię wykorzystując najnowsze zdobycze techniki oraz pokłady węgla w posiadłościach księcia, by ową szklarnię móc ogrzewać.  Jak wspomniałem książę Devonshire zbierał namiętnie dzieła sztuki, nabywając przede wszystkim rzeźby. W kolekcji pałacowej znajdują się do dziś dzieła Canovy: „Śpiący Endymion” (rzeźba młodego mężczyzny o wyjątkowo pięknej budowiw), „Matka Napoleona” (starsza kobieta pełna godności i dumy z bycia matką pół-boga) oraz siedząca Paulina Borghese (siostra Naopoelona, jak gdyby drwiąca z oglądających lekko rozchylonymi nogami i stylizująca się na Messalinę).  Jednak najsłynniejszą rzeźbą jest „Westalka w woalce” Montiego. Rzeźba jest tak prawdziwa, że jak określił Phil, im bliżej się jej jest, tym bardziej wydaje się, że woalka jest z materiału, a nie wyrzeźbiona. Równie piękne rzeźby widziałem tylko w Villa Borghese w Rzymie.

 

Ekstrawaganckie życie i pasje kolekcjonerskie 6. księcia poważnie nadwerężyły jego majątek i jego następca musiał sprzedać kilka majątków by spłacić długi, poważnie ograniczając wydatki. Z funkcji publicznych był kanclerzem Uniwersytetu w Cambridge (1861-1891), gdzie ufundował obserwatorium astronomiczne. Zaangażowanie polityczne kontynuował jego syn Spencer Compton (1833-1908) 8. Diuk Devonshire i pierwszy nie noszący imienia „.William”. Jak tradycja rodzinna nakazywała, był zagorzałym zwolennikiem trzech spraw: partii Whiggów, anglikanizmu i dynastii. Jako wielki obszarnik był zdecydowanie przeciwny oddzieleniu Kościoła Anglikańskiego od państwa w Irlandii (1871) a także przyznania praw i autonomii irlandzkim katolikom. Gdy w 1886 roku premier Gladstone zaproponował Irlandii tzw. Home Rule, książę Devonshire dokonał rozłamu w partii tworząc tzw. Liberalnych Unionistów, co doprowadziło od upadku propozycji i rządu Gladstona i projektu ustawy. Choć królowa Wiktoria przy czterech różnych okazjach proponowała mu zostanie premierem, za każdym razem odmawiał. Jego żoną była Luiza 1 voto księżna Manchester, nazywana „podwójną księżną” – znana z wystawnych przyjęć urządzanych w Londynie.

XX wiek nie był zbyt szczęśliwy dla Chatsworth House. Choć 9. Diuk był Generalnym Gubenatorem Kanady, to po jego śmierci w 1938 roku rodzina po raz pierwszy została zmuszona do zapłacenia ogromnego podatku spadkowego. Musiano zredukować liczbę służby, zburzono słynną szklarnię, której utrzymanie pochłaniało kolosalne sumy. Podczas II Wojny Światowej pałac oddano szkole z internatem dla dziewcząt, a księstwo zamieszkali na stałe w Londynie, uważając, że czas wielkich wiejskich rezydencji się skończył. Gdy umarł 10. Diuk, podatek spadkowy wyceniono na 8 milionów funtów. Pod młotek poszły dziesiątki tysięcy hektarów, dzieła sztuki (van Dyki, Rembranty), a także Hardwick Hall, wybudowany jeszcze przez Bess. Spory z izbą podatkową trwały 17 lat! Obecnie pałac, jak od czasów 5. Diuka, jest otwarty dla zwiedzających przez miesiące wiosenne, letnie i jesienią. W pałacu mieszka dalej obecny – 12. Diuk Devonshire z rodziną, choć sam zamek został przekazany specjalnej fundacji rodzinnej, by uniknąć płacenia kolejnych horrendalnych podatków spadkowych.

 

Oprócz zwiedzenia zamku, naprawdę polecam dłuuugi spacer po ogrodzie. Widoki są naprawdę poruszające. Cała dolina jest tak ukształtowana, by pokazać zamek od innej strony i by móc się nim napawać. Widok od strony podjazdu jest zupełnie bajkowy, ale też polecam spojrzeć na zamek od strony ogrodu francuskiego. Barokową fasadę zdobi łacińskie motto rodu Cavendish: „Cavendo Tutus” czyli:  „Bezpieczeństwo poprzez ostrożność”.

To bardzo dobra rada...

www.chatsworth.org

piątek, 18 maja 2007
W Anglii

Drodzy uczestnicy ukladu i stolika (a moze stolyka?). Uprzejmie donosze i sam sie lustruje, ze do poniedzialku przebywam w Londynie, czyli kolejnej cywilizacji smierci. Obiecuje wpis wieczorem w poniedzialek.

Licze na wasze tlumne uczestnictwo w paradzie MW, gdzie " zdrowa sila narodu" i " prawdziwi Polacy" dadza odpor zboczencom, dewiantom, masonom i Zydom, ktorzy po nocach snia, jak uwiesc chlopcow z MW i LPR.
czwartek, 10 maja 2007
Gnida i Zero

Trudno o właściwe słowa by określić zachowanie posła Mularczyka i Jarosława Kaczyńskiego. Powiedzmy więc tak: największą obelgą powinno być porównanie z którymkolwiek z tych indywiduów...

środa, 09 maja 2007
Resocjalizacja, rehabilitacja, reintegracja

IV RP ktoś powinien odznaczyć za systematyczne, długofalowe i konsekwentne działania na rzecz integracji niepełnosprawnych umysłowo na rynku pracy: wczoraj wicepremierem został Przemysław E. Gosiewski, dołączając do takich tuzów jak minister Kalata, Fotyga czy Macierewicz.

Tym samym w IV RP zgodnie z zasadą solidarnego państwa wicepremierem może zostać każdy: wielokrotny przestępca (Andrzej L.), neofaszyszujący troglodyta (Giertych), facet z mentalnością kaprala (Ludwik Dorn) i obecnie ćwierćinteligent Gosiewski.

Jeśli do tej grupy dodamy ekspremiera klauna (Marcinkiewicz), człowieka z obsesją natręctw (brat Jarosław), typowego paranoika (Macierewicz) i zwykłego chama (Lech II Kaczka) tym samym nie ma takiej grupy ludzi nie dotkniętych jakąś przypadłością intelektualną, która nie miałaby swojej reprezentacji w polskim rządzie.

 Polska Solidarna!

sobota, 05 maja 2007
Złoty PiSuar za kwiecień 2007

Tak, tak moi drodzy, IV Rzeczpospolita niczym Nieboszczka PZPR czuwa by nam nie zabrakło powodów do nominacji na złoty Pisuar. Oto moi faworyci:

 

  1. Marek Jurek – za poczęcie nowej partii prawicowej. Jak na razie dziecko to jest w fazie prenatalnej i od razu widać, że z ogromnym niedorozwojem umysłowym. Usunąć jednak nie można.

  2. Rzecznik Praw Dziecka Ewa Sowińska, za piękny list wysłany w obronie arcybiskupa Wielgusa, do papieża Niemca. Przypominam jego treść Laickie media w Polsce wypowiedziały walkę Kościołowi, Jego pasterzom i ludowi Bożemu, którego przywódcą w Metropolii Warszawskiej miał zostać Arcybiskup Stanisław Wielgus, kapłan, profesor o niepospolitej wiedzy, inteligencji i pobożności. Tymczasem laicko-masońskie środki masowego przekazu nie byłyby w stanie »sterować « tak znakomitą osobowością, dlatego przypuściły bezprecedensowy atak godzący w dobre imię abp. Wielgusa. (...) Jezus Chrystus wybaczył trzykrotne zaparcie się przez Piotra apostoła, a jednak właśnie Jego powołał na pierwszego Namiestnika. Przeto proszę pokornie o decyzję pozytywną dla Arcybiskupa Stanisława, ale także dla Katolickiej Polski, która stała się celem ataków liberalno-masońskich”. Komentarz jest absolutnie zbędny.
  3. Lech II Kaczka – dżentelmen, który najpierw pisze piękny list do Tadeusza Mazowieckiego, a następnie wywala go z kapituły Orła Białego za brak samolustracji. Wiadomo: Mazowieckie to Żyd, pederasta, no a teraz i agent.

  4. Brat Jarosław – za piramidalne niezrozumienie na czym polega istota Trybunału Konstytucyjnego. Na szczęście to nie jest jedyna rzecz, której premier nie rozumie. Przyznaję, że jest to kandydatura najsłabsza, bo w czasie, gdy w telewizji brylują P. Edgar Gosiewski czy Tadeusz Cymański, fundamentalna niemożność refleksji nie jest niczym nowym. Ale w końcu premier IV RP ma swoje prawa!

Czekam na wasze głosy!

PS. Przy okazji przypomniało mi się hasło z czasów Gomułki, a które pasuje jak ulał do drugiej połowy kadencji PiSuaru i przystawek:

„Trzymać się koryta i pogłębiać dno!”

Cudowne, wiktoriańskie Melbourne

Jeśli Sydney jest miastem, gdzie kwitnie kult tego co młode, zdrowe i pogodne, i jest odwrócone twarzą do morza, to różnica z Melbourne jest ogromna. Założone w 1835 roku Melbourne leży w głębi zatoki i niejako w ten sposób zachowuje dystans do morza, kultu ciała i zdrowia, czyli jednym słowem do Sydney.

Jak pisałem, Sydney, jeśli Sydney jest miastem młodym, to Melbourne jest jego przeciwieństwie: z wielką pieczołowitością zachowuje się tutaj wiktoriańskie dziedzictwo (w końcu jest stolicą prowincji Wiktoria!) w postaci willi, kościołów, rezydencji czy parków. Sydney jest stolicą egalitaryzmu, a Melbourne patrzy na to z przymrużeniem oka i podkreśla, że jest stolicą autralijskiej arystokracji bez żadengo fałszywego wstydu chwaląc się swoimi pałacami i winiarniami, które otaczają miasto, podkreślając fakt, że w Melbourne mieszkają ludzie znający dobry smak i umiejący docenić wykwintne wino podane do stołu i konsumowane z właściwym temu dekorum. Różnica między Sydney a Melbourne jest tak wielka, że gdy w 1901 roku powołano do życia Federację Australii ustalono, że wybuduje się nową stolicę, bo konflikt między Sydney a Melbourne o pierwszeństwo jest absolutnie nie do rozstrzygnięcia.

A zaczęło się zupełnie niewinnie, bo od zakupu ziemi od aborygenów, oczywiście za skandalicznie zaniżoną cenę, bo przecież Aborgeni nie byli brani za ludzi aż do połowy XX wieku – bodajże do 1970 roku nie figurowali oni w spisie ludności Australii! Miasto, otrzymało prawa miejskie w 1837 roku, ale prawdziwy boom nastąpił, gdy w 1851 roku odkryto w prowincji złoto. Z całego świata zaczęli ściągać tu poszukiwacze kruszcu, za nimi kupcy, za nimi osadnicy, wreszcie kler i urzędnicy. Choć złoto skończyło się dość szybko to jednak przez 20 lat w Melbourne i Victorii powstały prawdziwe fortuny. Młodziutka prowincja wystawiła monumentalny parlament, sąd najwyższy i w 1850 roku powołała University of Melbourne, uważany za najlepszą uczelnię australijską. Chcąc uniknąć jakichkolwiek scysji i problemów, władze stanowe kierowane głównie przez kongregacjonistów, postanowiły, że uniwersytet ten będzie uczelnią świecką, postępową, żaden duchowny nie będzie mógł piastować funkcji profesorskich ani też nie będzie się wymagało testów religijnych od studentów czy kadry. Było to niezwykle postępowe, ale pod naciskiem Kościoła Anglikańskiego w 1870 roku poczyniono ustępstwa: katolicy, anglikanie, prezbiterianie i metodyści dostali prawo utworzenia własnych collegów, na wzór tych w Wielkiej Brytanii, gdzie też pozwolono wykładać teologię. Kongregacjoniści, nie posiadający własnego kościoła jako organizacji, zwykle wspierali finansowo albo prezbiterianów i ich Ormond Colledge, albo też anglikański Trinity College, o którym niżej. Uniwersytet Melbourne pozostał jednak centrum postępowej i liberalnej edukacji, w 1880 roku przyjmując pierwsze kobiety na studia – przypominam, że w tym czasie UJ kobietom prawa do edukacji odmawiał. Co ciekawe, w 1891 roku ponad 30 000 kobiet podpisało petycję żądającą równych praw wyborczych – spisano ją na wielkiej rolce papieru. Choć petycję poparł sam premier – podpis jego dość groźnej żony widniał na początku listy, parlament prośbę tę odrzucił. Na prawo głosu w wyborach kobiety musiały czekać aż do 1901 roku.

Jeśli chodzi o Melborune, to centrum miasta jest wspaniałą mieszanką wieżowców i architektury wiktoriańskiej. I tak dominuje katedra anglikańska na wprost której stoi super nowoczesne Federation Square (centrum wystawienniczo - muezalne). Obok wiktoriańskiego dworca kolejowego widnieje gmach Opery, Muzeum Sztuk Pięknych i Filharmonii. Ta pierwsza i opera są wybudowane pod ziemią, w ogromnym betonowych silosach, które zapewniają świetną akustykę. Na ich wybudowanie stan Wiktoria wyłożył niebagatelne kwoty, ale co się spodziewać po stanie, który mając milion mieszkańców wziął się za budowę ogromnego gmachu Sądu Najwyższego. Gdybyście się tam przypadkiem znaleźli nie zapomnijcie zajrzeć do wspaniałej biblioteki sądowej – w ogromnej, okrągłej sali na wzór Mauzoleum Inwalidów, znajdują się rzędy tomów orzeczeń brytyjskich i australijskich sądów, zaś z portretów i spod ogromnych tóg i peruk spoglądają spokojne i dostojne twarze Sędziów Sądu Najwyższego – wszystkich bez wyjątku białych mężczyzn.

 

Miasto tonie w zieleni. Gdy w połowie XIX wieku postanowiono zaprojektować park botaniczny, sprowadzono w tym celu specjalnie architekta ogrodów z Niemiec. Choć wydatek był słony, opłaciło się i w ten sposób Melbourne ma jedne z najpiękniejszych ogrodów botanicznych na świecie. W innym parku figuruje zagroda Cooka, którą Melborune nabyło i sprowadziło do miasta na urągowisko Sydney. To ostatnie zrewanżowało się drwiną, nie pozbawioną racji, że fakt, czy Cook przebywał w tej chatce kiedykolwiek w życiu jest mocno wątpliwe. No tak, odpowie z nutką wzgardy Melbournijczyk, ale my przynajmniej mamy coś związanego z odkrywcą Australii.

Absolutną Piotrkowską czy Nowy Światem Melbourne jest Collin street. Każdy liczący się prawnik, każdy aspirujący lekarz czy doradca podatkowy stara się mieć na tej ulicy biuro, nie ważne jak małe – liczy się wszakże adres. Nad ulicą dominują dwa kościoły stojące na wprost siebie i konkurujące ze sobą: prezbiteriański Scots’ Church z 1874 roku z i kongregacjonalny St. Michael’s Uniting Church z 1867 roku. Jak wspomniałem, w kolonii dominowali kongregacjoniści, którzy przez większość XIX wieku zdominowali lokalną politykę. Podczas gdy w Anglii przez stulecia byli odsuwani od stanowisk i urzędów, w Australii (nie tylko w Victorii) bujnie się rozwijali i stanowiąc ok. 3,5% społeczeństwa, liczyli odpowiednio 40% i 12,5% parlamentarzystów w obu izbach parlamentu. Znakiem ich prestiżu był wybudowany w pięknym stylu neoromańskim kościół na Collin Street. Postępowość i liberalność kongregacjonistów doprowadziła do szału surowych i konserwatywnych prezbiteriańskich osadników ze Szkocji i Iralndii Północnej. Niejako na urągowisko i złość kongregacjonistom, wynajęli tego samego architekta który wybudował dosłownie na wprost ich kościoła, neogotycki Scots’ Church. Cicha rywalizacja między dwoma kościołami na najlepszych kaznodziejów trwa od tamtej pory: gdy w 1977 roku Collin Street Church wstąpił do tworzonego Jednoczącego się Kościoła Australii, Scots’ Church odmówił i pozostał bastionem konserwatyzmu, podczas gdy St, Michael’s słynie ze znakomitych kazań i postępowości kazania. Tutaj dodam, że w niedzielę na nabożeństwie byłem z rodziną Grużewskich w Scots’ Church. Następnym razem bez wątpienia wybieram się do St. Michael’s.

 

Przez ten czas kiedy nie mieszkałem z p. Janostwem Grużewskimi (stara polska ewangelicko-reformowana rodzina) spędziłem jako gość Didi Grużewskiej-Hay w Trinity Colledge na Uniwersytecie w Melbourne. Jak wspomniałem, założony został w 1872 roku przez anglikańską diecezję Melborune, na wzór Trinity College w Cambridge. Posiłki kadra akademicka i jej goście zajda przy tzw. „High Table” – czyli na wysokim podniesieniu w togach akademickich. Studenci siedzą również w togach przy stołach poniżej nas, czekając aż my najpierw zasiądziemy do posiłku. Ten kończy się, gdy dziekan po krótkiej modlitwie (naturalnie po łacinie) wstaje od stołu. College uchodzi za najlepszy i najzasobniejszy na uniwersyteckim kampusie, mając przy okazji reputację postępowego – kobiety przyjmował w poczet swoich członków już od 1880 roku, co było ewenementem – np. prezbiterianie przyjęli pierwszą kobietę w 1971 roku! Jak był napisane w statucie fundacyjnym, jego celem jest Dziekanem (Warden) Collegu są zawsze anglikańscy duchowni i obecnie jest nim wyjątkowo sympatyczny i jak dodała Didi, równie wyjątkowo przystojny Andrew McGowan, z którym miałem krótką rozmowę na temat moich studiów teologicznych. College uchodzi za kształcących duchownych w liberalnym duchu i zarówno były jak i obecny anglikański prymas Australii są jego absolwentami. W Australii znany jest szczególnie chór kaplicy – jeśli będziecie w okolicy KONIECZNIE wpadnijcie na nabożeństwo, gdy ten chór śpiewa.

 

Reszta mojego pobytu w Melbourne upłynęła mnie i Didi na zachowywaniu się jak na XIX wieczną arystokrację wypada: zwiedzanie, herbata, zwiedzanie, high-tea z przyjaciółmi prawnikami i duchownymi. Towarzyszyła nam mała córeczka Didi, Charoltte, którą nazywałem „Lady Possum” i którą oprowadzaliśmy po kolejnych wydziałach uniwersyteckich mówiąc gdzie porządne białe protestantki mogą znaleźć męża (prawo, ekonomia, teologia i medycyna), a gdzie nie (wszystko inne). Jedną z kolacji spędziliśmy z synem księżnej Korwanlii i pasierbem księcia Karola. Drugą, z przyjaciółką Didi i przyszłą pastor anglikańską – Grace. I tak nam mijał czas na plotkach rodzinnych, polowaniach na męża dla Charlotte i nie tylko i herbatkach.

 

Nie było łatwo wyjeżdżać z pięknego, wiktoraińskiego Melbourne.