Miłość nie wyklucza - żądamy ustawy o związkach partnerskich!
Kategorie: Wszystkie | Historia | Zwiedzanie | Złote PiSuary
RSS
wtorek, 17 kwietnia 2007
Moje pierwsze wrażenie z Sydney

Jestem już trzeci dzień w Sydney. Chciałem się z Wami podzielić paroma wrażeniami. Jak zawsze zacznę od odrobiny historii.

Sydney jest miastem pięknym, ale co najważniejsze młodym. Ta młodość wylewa się z każdego fragmentu miasta, ze sposobu w jaki młodzi ludzie chodzą po mieście, ze sposobu ubierania się, ze stylu życia. Wszędzie po mieście widać ludzi w klapkach: ubranych w strój plażowy, ubranych zwyczajnie, czy też jak dzisiaj zauważyłem, w garnitur i... klapki plażowe. Sąd Najwyższy stanu Nowa Południowa Walia w budynku z połowy XIX wieku jest otwarty dla wszystkich. Prawnicy w togach i perukach przechodzą obok żebraków i ćpunów, którzy stanowią fenomenalną publiczność podczas rozpraw, bo te zgodnie ze zwyczajem są otwarte dla wszystkich. Sąd Najwyższy tonie z jednej strony w pięknym Hyde Parku, gdzie widać ludzi wylegujących się jak na plaży, a z drugiej strony z wielopiętrowych wieżowców, które wyrastają jak grzyby po deszczu głosząc do nieba pochwałę młodości miasta i państwa. Australia jako kolonia istniej od 1788 roku, a jako państwo dopiero od 1901 roku. Wszystko jest możliwe, wszystko jest w zasięgu ręki. Chcą podkreślić swoją wyjątkowość nie ma praktycznie żadnych sztywnych reguł zachowań: ludzie są nieprawdopodobnie bezpośredni, czasami w sposób szokujący. Wystarczy uśmiechnąć się w parku dwa razy (a ja mam taki zwyczaj) i można uzyskać propozycję pójścia na drinka albo nawet na większe co nieco. 

Sydney jest miastem typowo hedonistycznym. Ilość klubów, dyskotek i barów jest nieprawdopodobna. W dodatku w mieście mieszka chyba cała, albo przynajmniej większość gejowskiej populacji Australii i kultura ta dosłownie kwitnie w centrum miasta. Po moim przylocie moja szefowa wzięła mnie na drinka do klubu gdzie oglądaliśmy całkiem niezły drag queen show. Australijczycy mają do siebie cudowny dystans i stąd lubią żartować sami z siebie – jak wiemy, nie jest to cecha, z której słyną Polacy. Nawet, a może właśnie, dlatego, ich ulubiona linia lotnicza nie została oszczędzona – „Panowie i Panie, żadnego seksu w toaletach – to nie linie lotnicze Quantas”. Do klubu można pójść w sandałkach, w klapkach (!), w czym się chce. Najważniejsze, żeby się dobrze bawić. „G’day!” to typowe zawołanie miasta. „Cheers!” (zdrowie) zamiast „dziękuję”. Ich pogoda ducha, bezpośredniość jest tak zaraźliwa, że można wszystko wybaczyć: jak nie lubić narodu, który chwali się tym, że jako jedyny w historii ludzkości ma premiera skonsumowanego przez rekiny (1967)! Inny minister przyznał się, że uprawiał seks z żoną na biurku w swoim gabinecie – kraj oszalał na ich punkcie!

Jednocześnie jest i druga strona Sydney: konserwatywna. Jak zapewne wiecie, miasto powstało pierwotnie z kolonii karnej. Był to koniec XVIII wieku i do kolonii na końcu świata nie chciał pojechać żaden poważny duchowny. Wysłano więc ewangelikalnego pastora anglikańskiego. Pokuta, nawrócenie, i niechęć do katolicyzmu stały się wyznacznikiem anglikanizmu w kolonii. Niejako w odpowiedzi, katolicy stali się liberalni i postępowi. Dopiero w 1820 roku pozwolono na regularne odprawianie Mszy. Pierwsi duchowni katoliccy zasypywali władze angielskie petycjami o zniesienie zsyłania do kolonii, podczas gdy anglikanie powiązani z lokalną władzą zachowali znamienne milczenie. I tak to katolicy doprowadzili do zaniechania zsyłki do Australii z Anglii (1868!), stali się zwolennikami praw wyborczych dla kobiet (1902), praw pracowniczych i społecznych. Australijscy katolicy tradycyjnie więc głosują na lewicę (ciekawe prawda?), podczas gdy anglikanie na liberałów, którzy są tak naprawdę konserwatystami (coś jak polska PO). Gdy w połowie XIX wieku anglikanizm odkrył ryt anglokatolicki – lokalny biskup zakazał księżom używania stuł i pewnych modlitw podczas Komunii, który to zakaz dalej obowiązuje. Obecny biskup Sydney Philip Jensen slynie z pogrady dla anglikańskiej tradycji: polecam wizytę w katedrze Sw. Andrzeja. To chyba jedyna katedra na świecie bez ołtarza, gdzie króluje chór i mównica, gdzie dziekan katedry (i brat biskupa) słynie z godzinnych kazań. Diecezja w Sydnej nie wyświęca kobiet-księży i gdy taka chce nauczać w kościele, nie wolno jej wejść na kazalnicę – swoje przemyślenia wygłasza spod ambony... 

Tak więc wszechobecne klapki, młodzi mężczyźni z deskami do surfingu, ponury anglikański biskup i postępowi lewicowi katolicy – oto pierwsze moje wrażenia z Australii.

sobota, 14 kwietnia 2007
Pozdrowienia Kuala Lumpur

Dla wszystkich moich blogowiczów przesyłam serdeczne pozdrowienia z Kuala Lumpur w Malezji. Siedzę sobie w kawiarence Starbucks na pięknym nowym lotnisku, z którego rozciąga się widok na góry porośnięte palmami. Jest 32 stopni Celsjusza i bardzo wilgotno. Czekam na samolot do Syndey i na to jak mi padnie bateria komputera J. Wszystko to jest nieco surrealistyczne. Ale proszę, o to, gdzie zawiódł los Liberalnego Kalwina z Polski.

Przeczytałem właśnie, że przepadły wszystkie poprawki PiSuarczycków i LPRców do konstytucji, w tym niepradopodobny bubel prawniczy, jakim były poprawki prezydenckie. Roman G-ie powiedział, że bez ochrony życia poczętego nie może być budowana IV RP. Nie zrozumcie mnie źle: uważam aborcję za ogromną tragedię matki, płodu i społeczeństwa. Ale protestuję przeciwko temu, żeby partyjniactwo, bigoteria i głupota robiły z kobiet ofiary na rzecz religinego szoł. Przypomina mi się zawsze cytat z Ewangelii Mateusza: „A wy, gdy się modlicie, nie róbcie tego jak faryzeusze, którzy modlą się na rynku by każdy ich zobaczył – zaprawdę, odbierają zapłatę swoją! Ale pójdźcie do domu, zamknijcie się w izbie i módlcie się do Boga, który jest w ukryciu. A Bóg, który jest w ukryciu odpowie wam.”

Jeszcze raz serdeczne pozdrowienia z Malezji! Następny wpis z Sydney.

środa, 11 kwietnia 2007
Różne różności

Nie lubię się bawić w “a-nie-mówiłem?” ale zgodnie z moimi przepowiedniami jakiś młody ćwierćinteligent z LPRu zaproponował, żeby podwyższyć opłaty za rozwody i w ten sposób ograniczyć ich ilość. Ja proponuję iść na całość i w ogóle przywrócić Prawo Małżeńskie z 1836 roku i znieść rozwody w ogóle.

Na podobny temat ukazał się mój tekst na stronie internetowej Krytyki Politycznej. Chwalenie się jest nienajpiękniejsze, ale czekam na wasze komentarze i uwagi.

http://www.krytykapolityczna.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1709&Itemid=34

Wreszcie osobiście: pod długim zastanowieniu wybrałem, że od września będę uczył się na Yale Divinity School!

środa, 04 kwietnia 2007
Biedni Polacy i AIDS

Kilka tygodni temu przeczytałem świetny artykuł Jakuba Janiszewskiego z Radia TokFM pt. “Biedni Polacy patrzą na HIV”. Polecam lekturę każdemu.

 http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,3979014.html

Wspominam o tym dlatego, że przymomniał mi się on ostatnio gdy przeczytałem, że młodzież Zjednoczonego Kościoła Chrystusa ostatnio lobbowała w amerykańskim Kongresie na rzecz edukacji seksualnej, a nie indoktrynacji religijnej pod jej płaszczykiem w postaci programów, które mówią tylko o abstynencji seskualnej.

O ile pamiętam, w Polsce tylko raz mieliśmy coś w rodzaju akcji edukacyjnej. Pojawiały się idyllyczne zdjęcia rodzin z parką dzieci (zawsze w kombinacji samczyk-samiczka) i podpisem “Zaufaj wierności”. Nidgy nie dowiedziałem się co ma zrobić osoba, która zaufała, a partner i tak zaraził ją HIV. Widocznie nie starczyło pieniędzy na równie mądry klip.

Szkoda, że nie mamy nawet jednego lidera (świeckiego czy kościelnego), któryby jak w Stanach głośno powiedział: “Małżeństwo nie jest szczepionką przed HIV, a absytnencja jest luksusem dostępnym tylko dla tych, którzy w pełni panują nad swoimi ciałami i swoją wolą.”

Dopóki się tacy nie pojawią, będziemy biednie patrzeć na AIDS. I ufać wierności…

niedziela, 01 kwietnia 2007
Holandia cywilizacją śmierci

Właśnie wróciłem późną nocą (1 nad ranem) ze klubu i po drodze do domu naszła mnie myśl, że Holandia jest prawdziwą cywilizacją śmierci i kilka przykładów na wyższość naszej IV RP nad tą zgnilizną i dlaczego powinniśmy być wdzięczni naszym władzom pół-świeckim i duchownym, że robią co mogą, by Polska się nigdy w takie bagno nie zamieniła.

  1. Nigdzie po drodze nie wdepnąłem w psie g-ie. Co to za kraj, gdzie ludzie nie wstydzą się sprzątać po swoich czworonogach? Jakby Polska wyglądała wiosną, gdyby trawniki nie były upstrzone brązowymi placuszkami dotychczas przykrytymi śniegiem? Na szczęście u nas mieszka sama wysoka arystokracja, która nigdy nie zniży się do posprzątania samemu psiego g-ie.

  2. Amsterdam nie docenia zagrożenia żydowskiego. Tutaj poprawność polityczna osiągnęła taki poziom absurdu, że nikt nie pisze po starówce „Widzew-Żydzew”, a nawet gdyby tak napisał, to władze by to natychmiast usunęły i wysłały rachunek klubowi. U nas na szczęście taki Hyde Park w istniej ciągle, bo my się nie wstydzimy pisać prawdy na murach i potem epatować nią cudzoziemców. A antysemityzmu u nas nie ma.

  3. Sąsiadka obok ma dzisiaj imprezę. Dzień wcześniej dostaliśmy list z zawiadomieniem o tym, przeprosinami za ewentualny hałas i zaproszenie byśmy wpadli – bynajmniej nie kurtuazyjne. Co to za zboczenie być miłym dla sąsiada, zamiast plotkować na niego? Gdzie tu Holandia-solidarna?

  4. Po drodze do domu minąłem dwie grupki młodzieży. Nikt mnie nie zaczepił, nie wyzwał, nie musiałem „wyskoczyć z portfela” albo „dać na piwo” dresiarzowi z przerośniętą prostatą i łysym łbem. Co to za patriotyczna młodzież, która nie zaczepia innych, nie usiłuje ich pobić albo przynajmniej wyzwać od .... ? Czyż nie widać miejsca na wychowanie patriotyczne, mundurki i religię na maturze wliczanej do średniej? U nas mamy za to pokolenie JP2.

  5. Po drodze mijałem ławeczki i rzeczy zostawione na zewnątrz (centrum!), gdzie nikt niczego nie ukradł, nie uszkodził, albo nie zniszczył bo nie mógł ukraść. Wątek braku krat okiennych nawet na parterze nie poruszam – te środki antykoncepcyjne tak im się rzuciły na mózg, że nawet im się nie chce kraść!

  6. Tydzień temu byłem na wizycie duszpasterskiej do kobiety, która umierała (już umarła w międzyczasie) i która była lesbijką. To był koniec świata, że ani pastor ani ja jej nie postraszyliśmy piekłem, nie wyzwaliśmy od zboczonej baby i na łożu śmierci nie złamaliśmy jej tak, by żałowała swojego życia i wyznała swój ‘grzech’. A przecież tego oczekuje od nas Matka Kościół! „Zrobimy z wami jak Hitler z Żydami” – tak krzyczą prawdziwi obrońcy przedmurza! Aha, oczywiście pomiędzy inwektywą, a potępieniem, dodalibyśmy, że kościół nikogo nie odrzuca, każdego otacza szacunkiem i tylko głosi niezmienne prawo naturalne.

 Tak, jak to dobrze, że mieszkamy w IV RP, a nie w cywilizacji śmierci.